poniedziałek, 3 września 2012

Kto się nie boi (odtwarzać) Reinera?

Wracam do problemu prac konserwatorskich w kaplicy opata Hochberga pw. Matki Boskiej Bolesnej przy kościele św. Wincentego, o których pisałem już kilka razy. Do końca wojny jej wielostopniowe, kopułowe sklepienie pokrywała freskowa dekoracja malarska. W bocznych półkopułach, na których wspiera się kopuła centralna, przedstawione zostały bolesne wydarzenia z życia Marii. W kopule centralnej ukazano anioły unoszące się w chmurach i prezentujące narzędzia pasji Chrystusa, a na sklepieniu latarni wieńczącej znalazło się serce Marii przebite siedmioma mieczami. Autorem fresków był sprowadzony z Pragi najlepszy tam naówczas malarz, Wenzel Lorenz Reiner. Praca, ukończona w 1726 r., zajęła mu rok.
Malowidła te stanowiły zwieńczenie bogatego wystroju niższych partii kaplicy, wykonanego w technice stiuku, marmoryzacji oraz przy użyciu śląskich marmurów. Z takich materiałów wykonany był również ołtarz główny, w którym umieszczona była niewielka rzeźba Piety, która jako znacznie starsza, gotycka, otoczona była kultem i stanowiła w tym wnętrzu coś w rodzaju relikwii.
Niestety, wojna przyniosła znaczne zniszczenia zarówno kościołowi św. Wincentego, jak i samej kaplicy. Zapadła się posadzka nad kryptą, zniszczony został ołtarz, a freski w większości odpadły z powierzchni kopuł. W takim stanie, niedostępna i nieużywana stała ta kaplica do niedawna.
Od kilku lat trwa proces przywracania jej pierwotnego wyglądu, a prace te objęły także otoczenie kaplicy. Działania konserwatorskie nie budzą zwykle sporów co do ich potrzeby. W tym przypadku mamy jednak do czynienia ze znacznym stopniem rekonstruowania kompletnie zniszczonych części wystroju. W przypadku  form powtarzalnych, w niewielkim tylko stopniu indywidualnych, niemal mechanicznych, efekt udaje się zwykle w jakimś stopniu odtworzyć. Do odbudowy ołtarza posłużyć mogły zachowane jego fragmenty. Problem pojawia się, gdy podejmuje się decyzję o odtworzeniu rzeczy nieistniejących, a które cechował indywidualizm formy i stylu. Jest on tym poważniejszy, im mniej kompletne i dokładne mamy materiały dokumentujące oryginał. Tworzy się kopię, nie dysponując oryginałem. Efekt jest swego rodzaju oszustwem.   Ponadto nigdy nie udaje się w takich wypadkach osiągnąć cech oryginału fresku czy rzeźby figuralnej, a nawet zbliżyć do nich. Ja w każdym razie nie znam takich przykładów. Nawet w przypadku odbudowywania - tak popularnego obecnie - całych domów, otrzymujemy sztywną makietę, a odbiorcom wmawia się, że jest dokładnie taka, jak oryginał, a nawet lepsza, bo wykonana przy użyciu nowszych technik i materiałów. To zjawisko groźne dla samych oryginałów, a dokładniej sposobu ich postrzegania. Bo jeśli podniszczony oryginał możemy wymienić na "lepszą" kopię, nie tracąc z pozoru nic, to dlaczego wydawać pieniądze na konserwację?
Wracając do kaplicy Hochberga. Na jakimś etapie prac przy niej, przy zmieniających się ekipach wykonawczych, a może i wizjach całego procesu, podjęta została decyzja o odtwarzaniu fresków w ich pierwotnym wyglądzie. Decyzja kontrowersyjna z uwagi na poruszone wyżej kwestie - teorii konserwatorskich, jak i wątpliwego efektu artystycznego czy estetycznego. Zachowane w Niemczech i oczywiście znane konserwatorom kolorowe fotografie malowideł nie dokumentują całości. Część trzeba będzie wymyślić. Indywidualnego stylu Reinera, swobody pociągnięć pędzla odtworzyć się nie da. Znalazł się jednak śmiałek, który podejmie się dzieła wyznaczonego przez nasze władze konserwatorskie. Jest nim podobno któryś z profesorów toruńskiej szkoły konserwatorskiej. Niegdyś mówiono o kosztach idących w miliony w przypadku takiej właśnie decyzji.

Fot. z 1944 r.; Herder-Institut, Marburg

Pytanie zatem, czy nie byłoby innej możliwości zakończenia prac w kaplicy przy założeniu uzyskania wnętrza scalonego w swym wystroju, nie rażącego martwą bielą kopuł? Na pewno tak. Można wyobrazić sobie rozważenie (w oparciu o projekty) stworzenia zupełnie nowej dekoracji malarskiej, raczej nie o formach figuralnych, mogłaby ona być bardzo stonowana, a gdyby rozważyć możliwość współgrania jej z cyfrową projekcją zachowanych fotografii oryginalnych partii malowideł na sklepienie, uzyskiwalibyśmy na życzenie zupełnie nową jakość. To byłoby bezpieczniejsze i znacznie ciekawsze rozwiązanie oraz podążające za aktualnymi trendami światowymi. Mogłoby stać się też atrakcją w rodzaju przedsięwzięć typu "światło i dźwięk". Dodajmy do tego zapach dymu kadzideł i wrażenia byłyby spotęgowane. Ta okazja zostanie bezpowrotnie utracona. W zamian ryzykujemy obcowanie z praktycznie nieusuwalną makietą malarską bez wartości, ale niewątpliwie kosztowną.

Fot. z 1944 r.; Herder-Institut, Marburg

Do nieprawdziwej kopii Marii na kolumnie obok kaplicy dołączy nieprawdziwe i równie niedobre artystycznie dzieło w jej wnętrzu.

Entenmark

sobota, 23 czerwca 2012

Survival 10. Niskie Loty

Rzadko bywałem na targowisku na Niskich Łąkach, ale bywałem. Głównie z ciekawości. Po to, żeby znaleźć się w takim dziwnym miejscu, które pulsuje ludzką energią, ukazuje niesłychaną różnorodność ludzi i ich zachowań, sposobów na życie.


Miejsce, gdzie skarpety w jednej "alejce" mieszały się ze starymi krzesłami w drugiej, a rowery stacjonarne ze współczesnych niemieckich wystawek oferowano obok lokalnych pozostałości niemieckiej kultury - zdekompletowanej porcelany, wyrwanych z drzwi starych klamek i wojskowych klamotów, nad których pochodzeniem nawet nie chcę się zastanawiać.
Minęło parę lat, dziś trzeba jechać pod młyn w poszukiwaniu podobnych emocji.
Niskie Łąki zajęli już wyłącznie sportowcy i jest to teraz stadion "Oławka". Przestrzeń właściwie ta sama, ale świeża trawa i nowa hala do gry w piłkę.


Dlaczego kuratorzy tegorocznej, jubileuszowej 10. edycji Survivalu wybrali to miejsce? Z sentymentu, czy może aby - jak muzea i Ossolineum - nawiązać do Euro 2012? Decyzja ryzykowna, jak niemal zawsze przy wyborze trudnych warunków dla sztuki.
Agata Saraczyńska napisała w GW, że "sztuka poległa na sporcie". Trudno się nie zgodzić. W trakcie chodzenia "po obiekcie" sportowym miałem uczucie, że zastane elementy i sytuacje są ciekawsze niż to, co artyści nam zaoferowali. Czyż możliwość wejścia do wnętrz prowincjonalnego czy amatorskiego klubu sportowego, do jego szatni, pryszniców, pokojów trenerów i świetlicy klubowej nie oferowała więcej niż rozmieszczone tam twory twórców? Klubowa świetlica - jak sądzę postarano się celowo o jej udostępnienie na ten czas - była jak żywcem wyjęta z "Misia". Dorota Nieznalska umieściła tam w małej gablotce na ścianie obok meblościanki z pucharami gwizdek w kształcie fallusa. Wieloznacznie negatywny, onanistyczno-masturbacyjny komentarz do tej męskiej sali chwały. 



Artyści starali się spuentować te wnętrza, najczęściej dyskretnie, jak w przypadku Magdy Durczak & Magdaleny Kowalewskiej, które do obraźliwych napisów na szafkach dodały jedynie krótki komentarz - odniesienie do antycznej tradycji zawieszania konfliktów na czas igrzysk olimpijskich.




W innej szatni Kamila Wolszczak pokazała w gablocie laurowy wieniec złączony z cierniową (acz delikatną) koroną ("Tymczasowość") - sugerując, iż chwała krótka, a wyrzeczenia długie i cierpienia trwałe?




 Karina Marusińska ustawiła na podświetlonym postumencie pośrodku prysznica, bez wątpienia męskiego, flakonik zawierający jakoby męski, sportowy pot ("Tester"). Że nie doświadczyłem pryskania nim przez nawet najpiękniejsze hostessy, co jakoby miało miejsce na wernisażu, nie żałuję. Jako ekstraktu męskich wysiłków - nie podziwiam. Przekaz nie jest dla mnie jasny.




Tomasz Bajer zawiesił w szafkach koszulki piłkarskie, na których widniały nazwiska znane z historii filozofii ("Super Champions Team"). Czyżby nieświadoma inspiracja filmikiem Monty Pythona, w którym reprezentacja Grecji gra przeciw niemieckiej? [http://www.youtube.com/watch?feature=fvwp&v=ZW-g3y2NfFo&NR=1]. Komentarz autorski, jak i kuratorskie dopowiedzenie próbowały wydobyć głębszą treść, która nawet jeśli leżała u podłoża pomysłu nie musiała być tak na siłę eksplikowana. To była po prostu ładna szatnia.



Jerzy Kosałka urządził w Pomieszczeniu socjalnym własny pokój trenera, zajął cudzą skorupę, zawiesił plakaty swoich zwycięskich wystaw i prezentacji na ścianach i postawił telewizor, w którym zmaganiu ślimaka z samotnym płotkiem/patyczkiem na dystansie może 10 cm towarzyszył anglojęzyczny, ekstatyczny komentarz wzięty z jakiejś imprezy sportowej. 




Kosałka, jak trener, był tu jednak najważniejszy.


Przed barakiem trenersko-zawodniczym kilka obiektów. Wyróżniłbym "Euro maszt" Kamili Szejnoch. 



Może jeden z ciekawszych, bo nie silących się na intelektualne głębie projektów, a w prostym pomyśle zapętlonego, biało-czerwonego masztu, którego forma pięknie rysowała się w różnych perspektywach, tkwiły odskocznie do rozmaitych interpretacji.
Aż dziw jednak, że nikt nie pokusił się o dostawienie tabliczki ze swoim nazwiskiem przy uroczym ready-made ze szczotek. Komentarz autorski mógłby brzmieć np. tak: Działacze i sportowcy! W sporcie nie wystarczą czyste nogi! Dbajcie o czystość rąk!





Zresztą takich gotowców "na obiekcie" jest więcej i nie trzeba było się specjalnie wysilać. Sport to samograj. Byle robić to z pomysłem i nie przesolić. Przesolił Grzegorz Łoznikow ("Barwy narodowe") z umieszczoną w bramce kupą śmiecia, która miała być spojona (nie była konsekwentnie) biało-czerwoną nutą. 



Gdy z baraku widz wychodził na boiska sztuka jeszcze wyraźniej przegrywała. Wymyślone koncepcje nie pozwoliły na opanowanie tej przestrzeni.  Chociaż nie - jedynym spajającym czynnikiem był płynący z głośników na trybunie i odbijający się po całym terenie "obiektu" głos  Jerzego Ciszewskiego, komentującego mecz Polska-Brazylia na mistrzostwach świata w 1974 r. (Paweł Modzelewski, "Mecz")
I znowu ciekawsze było puentowanie w mikroskali, jak np. kupki łupinek po nasionach słonecznika przy rzędach krzesełek na trybunie (Dominika Łabądź, "Pożywka dla tłumu"). 




Ten pomysł sprawdziłby się zresztą nie tylko w kontekście sportowym.


Najpoważniejszą nutą zabrzmiało z pracy Doroty Nieznalskiej ("Konstrukcja rasy - Volksgemeinschaft"). Widzę tu ciągłość nurtujących ją problemów (od czerwonej swastyki wirującej w sercu schronu), choć wyrażoną w zupełnie innej formie.



Natomiast spiętrzone meblarskie graty (nawiązanie do targowiska starzyzny?), pobielone i akcentowane pojedynczymi elementami pozostawionymi w naturalnym kolorze Mai Godlewskiej zupełnie nie zagrały swojej roli parkouru. 




No, może kiedy aktorzy-performerzy je pokonywali, jak zapowiadano.


Okazuje się, że otwarta przestrzeń stawia najwyższe wyzwania sztuce. Po parku im. Tołpy w zeszłym roku poprzeczka została podniesiona. O ile tam udało się nad nią, może z potrąceniem, przeskoczyć, to tu spadła.
Można by wymyślić kilka zgrabnych bonmotów, w rodzaju "jaki stadion taka sztuka", ale nie ma się co znęcać. Dobrze, że była 10. edycja Survivalu i miejmy nadzieję, że będą następne. Miejmy nadzieję także na to, że kuratorzy (stała para: Anna Kołodziejczyk & Michał Bieniek) wyciągną wnioski i zareagują, jak rasowi trenerzy. Bo tym razem, jak wieść głosi, zachowali się raczej jak działacze.


Entenmark




niedziela, 17 czerwca 2012

po...hymnie!

Uff. Napięliśmy się, w marzeniach bujaliśmy po szczytach, komentatorzy doradzali trenerowi lub - jak w trakcie transmisji TVP1 - modlitewnie niemal zaklinali los, by się odwrócił.
Euro weszło nawet na ołtarze ustawiane na ulicach na Boże Ciało. Wymieszało się narodowo-katolicko w okazjonalnych dekoracjach.



Politycy także wykorzystali swoje 5 minut. We Wrocławiu promował się z pomocą krasnoludków wręczanych piłkarzom prezydent Dutkiewicz. Cóż, jego nie do końca udane zabiegi pokazują, kto tu był ważniejszy i kto jest większym celebrytą. Parę fotografii z autorem cudownego gola (jednego z dwóch wbitych przez naszą reprezentację na Euro) udało się jednak zrobić.

fot. Mieczysław Michalak (za: Gazeta Wyborcza)

Prezydent miał polityczno-biznesowego nosa, przyjmując wcześniej czeską reprezentację. Czesi mogli się poczuć we Wrocławiu jak u siebie - w końcu miasto przez stulecia było w Koronie Czech. To, jak Czesi znaleźli się we Wrocławiu, jak sympatycznie byli przyjmowani, jest niewątpliwym dobrym sygnałem - z obu stron.
Euro trwa, choć dla naszej reprezentacji jest już - jak w reklamie piwa pokazywanej przed, w trakcie i po transmisjach - "po... hymnie". Jak więc teraz żyć, panie prezydencie?


Entenmark

wtorek, 29 maja 2012

Trudna kwestia piekarczyków

Po kilku postach lekkich, łatwych i przyjemnych pozwolę sobie na powrót do tematyki cięższego kalibru. Chciałbym nawiązać do moich dawniejszych wpisów, dotyczących prac w kościele św. Macieja i wokół niego [Z kartonowego archiwum 7 (fałszerstwo u krzyżowców) z lipca 2009 r.; Z kartonowego archiwum 55 i 56 (A mury prują...) z czerwca 2011 r.]. Starszy z nich wzbudził wymianę komentarzy (pod postem "Co by tu jeszcze spieprzyć..." z marca 2012).
W pierwszym poście chodziło o błędną interpretację fundamentów odkrytych po południowej stronie prezbiterium kościoła. Zinterpretowano je jako pozostałości kaplicy czeladników piekarskich z XV w. i w ramach akcji estetyzowania przestrzeni skweru (dawny cmentarz przykościelny) wyeksponowano. Nadmurowano fundamenty - zapewne ostatecznie nigdy nie wzniesionej budowli - ponad poziom gruntu, podświetlono i zaopatrzono w granitową tablicę, która w 4 językach objaśnia, iż są to ślady po owej kaplicy. Tablicę wkrótce ukradziono (?) - w każdym razie sporządzono nową, co pozwoliło na poprawienie błędów językowych z pierwszej.


Nie chodzi tu właściwie o błędną interpretację pierwotnej funkcji, czy przeznaczenia murów fundamentowych - taka zawsze może się zdarzyć. Chodzi o uparte trwanie przy niej, wprowadzanie w błąd ludzi i utrwalanie mylnych sądów. Mniejsza o to, czy taka właśnie interpretacja wpłynęła na decyzję o tak luksusowym wyeksponowaniu tych chyba nigdy nie wykorzystanych fundamentów. Potrzebna byłaby jednak refleksja po stronie nadzoru konserwatorskiego, weryfikacja sugestii zawartej w dostarczonym do urzędu opracowaniu (w ramach eksperymentu przesłałem wówczas link do postu na adresy mailowe biur urzędów konserwatorskich). Zdaję sobie sprawę, że jest to nierealne. Sam mógłbym przedstawić listę przeszkód. Może jednak uda się zapobiec sytuacji, że pewnego dnia zauważymy tam nową, miejską tablicę informacyjną z przezroczystego materiału informującą o kaplicy czeladników, która jakoby stała w tym miejscu, a przewodnicy będą o tym opowiadać.
W wolnej chwili zadałem sobie trud sprawdzenia informacji o kaplicy czeladników piekarskich w/przy kościele św. Macieja. Owszem, zachowała się w źródłach lakoniczna wiadomość z 1456 r. o "Beckirknecht capelle zu st. Mathis" (M. Słoń, Szpitale średniowiecznego Wrocławia, Warszawa 2000, s. 140). Jednak źródłowa wzmianka to jedno, a umiejętność jej poprawnej interpretacji to drugie. Nic nie świadczy o tym, że na odnalezionych fundamentach, najprawdopodobniej nigdy nieukończonej budowli po pd. stronie prezbiterium kościoła miałyby stać owa kaplica. Ale ponieważ trudno z takim przekazem źródłowym spierać się, należy rozejrzeć się za innymi, bardziej prawdopodobnymi możliwościami. O ewidentnym związku z cechem piekarskim jednej z części kościoła św. Macieja świadczy ukazany tam znak. Na sklepieniu północnego ramienia transeptu widnieje centralnie w jego zamknięciu usytuowany gotycki zwornik z godłem cechowym w formie precla.





To tam trzeba sytuować wzmiankowaną kaplicę. Jak pisze przywołany autor, zdarzało się i gdzie indziej w instytucjach kościelnych prowadzących szpitale (a taki istniał przy św. Macieju), że cech piekarzy dostarczał pieczywo podopiecznym szpitala. Rekompensatą bywała specjalna kaplica cechowa i modlitwy zgromadzenia i chorych w intencji dobroczyńców. 
Rozważać można także znaczenie określenia "knecht" w cytowanym źródle. Czy chodzi o czeladników? Czeladnik to w języku niemieckim przeważnie "Geselle", a termin "Knecht" odnosił się do grupy niższej w hierarchii niż czeladnicy, właściwie do rodzaju pomocników, służby. W średniowieczu terminy te bywały jednak stosowane zamiennie. A zatem prawdopodobnie chodziło tu o czeladników piekarskich, piekarczyków. Tym bardziej, że cech piekarzy posiadał najpóźniej od 2 ćwierci XV w. kaplicę przy o wiele ważniejszym kościele św. Marii Magdaleny (6. od zachodu po pd. stronie). Tu rządzili niewątpliwie mistrzowie, choć dla dobra całego cechu. Na pewno zresztą kierujący cechem musieli udzielić zgody czeladnikom na założenie odrębnej kaplicy przy innym kościele i na dobroczynną działalność tamże.
I co teraz zrobić z fałszerstwem historycznym? Podkreślam: nie z błędną interpretacją pozostającą na papierze opracowania ukrytego w szafie urzędu konserwatora, lecz z jej ekspozycją w przestrzeni publicznej. Podpowiadam: należałoby przynajmniej usunąć tablicę.


Entenmark

środa, 23 maja 2012

Tajemniczy człowiek z brzeszczotem

Za punkt wyjścia dzisiejszych rozważań posłuży nam notatka z Gazety Wrocławskiej z 23 maja, sporządzona przez red. Marcina Monetę
[http://www.gazetawroclawska.pl/artykul/581831,wroclaw-odcinal-brzeszczotem-klodki-milosci-na-ostrowie,id,t.html]:



"Strażnicy miejscy zauważyli mężczyznę, który na mostku prowadzącym na Ostrów Tumski odcinał kłódki, zawieszane tam przez zakochane pary. 42-latek był zaopatrzony w brzeszczot, a kłódki chciał sprzedać na złom. W momencie, gdy zbliżyła się do niego straż miejska, wrzucił swój łup do rzeki. Został ukarany mandatem w wysokości 100 zł. Mężczyzna wylegitymował się, ale okazało się, że nie jest nigdzie zameldowany. Wyciągnął więc pieniądze i zapłacił na miejscu."

1. To nie byłem ja.
2. Chętnie przyłączyłbym się do tego 42-latka.
3. Też zaniósłbym do punktu skupu.
4. Nie wrzucałbym łupu (?) do rzeki [dlaczego łupem nazwał redaktor odcięte kłódki, a strażnicy tak je potraktowali; to nie łup, lecz strup; człowiek oczyszczał "mostek" ze strupów-łupów].
5. Na jakiej podstawie człowieka ukarano mandatem? [jeśli zostawię śmieć w miejscu publicznym, to nie można go usunąć pod groźbą kary? czy istnieje jakiś zapis w regulaminie porządkowym, zabraniający usuwania tych kłódek? czy istnieje zapis zezwalający na ich wieszanie? czy kłódki tam wieszane stają się obiektami podlegającymi ochronie?].
6. Jak strażnicy ustalili wysokość mandatu? Czy w ich taryfikatorze istnieje pozycja "obcinanie kłódek brzeszczotem na moście miłości"? [a może ukarano go za zaśmiecanie rzeki złomem? dlaczego jednak nie karze się zakochanych wrzucających tam kluczyki od kłódek?].
7. Czy strażnicy odstąpiliby od podjętych czynności służbowych, gdyby 42-latek wyjaśnił, iż jest ofiarą miłosnego zawodu (zawodów), i że nie może dłużej żyć z kłódką (kłódkami) na moście przypominającą (-ymi) mu o nim (o nich)?
8. Poddałbym się wylegitymowaniu.
9. Mam zameldowanie.
10. Nie zapłaciłbym.


Dla przypomnienia: tak to wyglądało w lipcu 2009.



Entenmark

PS
Ostatnio przyszedł mi do głowy pomysł, żeby stworzyć z kłódek łańcuch miłości i zapiąć go w poprzek Mostu Tumskiego.

czwartek, 17 maja 2012

Prawdziwe życie rzeźb Truth'a

Krótka nota uzupełniająca do postu z 31 marca 2012 "Truth w Entropii". Otóż artysta opowiadał na spotkaniu i pokazywał swoją pracę wykonaną w trakcie pobytu w Brnie. Na zarośniętym stoku tamtejszego wzgórza zamkowego - Szpilberku - zresztą, jak podkreślał, w jedynym miejscu w miarę porośnięto-zaniedbanym pośród zielonych terenów w centrum stolicy Moraw, ustawił rzeźbę (czy miała tytuł, nie pomnę). Była to chyba jedna z kosztowniejszych jego prac, bowiem do jej wykonania użył nie tylko charakterystycznej dla siebie techniki odlewu betonowej bryły wprost w formie-dole w ziemi, ale zamówił wypolerowaną aż do osiągnięcia efektu lustra płytę czarnego granitu (?). Tę zatopił częściowo w betonowym klocu i taką całość ustawił z niemałym trudem na stoku, pośród drzew. Opowiadał Truth o zamierzonym efekcie odbijania się otaczających jego obiekt roślin w czarnej, lustrzanej powierzchni.
Padło pytanie, czy wie, czy sprawdzał od tamtej pory, co dzieje się z jego rzeźbą? Nie wiedział.
A zatem, nasz specjalny wysłannik dokonał inspekcji na miejscu. I oto efekt.


Awers (rewers?) płyty nieznany komentator uzupełnił anglojęzycznym napisem w technice spreju. Inskrypcja ma treść wanitatywno-komemoratywną i zapewne łączy się z postawioną obok, na betonowym cokole, plastikową żabą (ropuchą?). Interweniujący skojarzył formę Truthowej rzeźby z pomnikami nagrobkowymi, a jej ustawienie w "lesie" zinterpretował jako odniesienie się Twórcy do Natury (żaba). Zarazem jednak nieobcy był mu literacki motyw paskudy zmienianej przez pocałunek. Transgresyjny charakter napisu przyjmowałby wtedy nieco inny odcień i odczytywany byłby jako marzycielska wypowiedź zaklętego w płaza królewicza. Mamy tu do czynienia z subtelnym i wieloznacznym poczuciem humoru czeskiej (morawskiej?) sztuki i ludu. Truth powinien być naprawdę zadowolony!
Jakże wielka to różnica w porównaniu z potraktowaniem jego pracy przez miasto Wrocław, które najpierw obiecuje jej pozostawienie w parku im. Tołpy, a następnie potajemnie ją usuwa. Niestety, co gorsze, oryginalną i nienachalną rzeźbę Trutha usunięto, ale w innym rogu parku planuje się ustawienie nachalnej formy przestrzennej z konkursu. Porównaj: http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,35771,11729971,Nowa_rzezba_w_parku_Tolpy_bedzie_jak_kostka_Rubika.html


Wygląda to na stosunkowo tanią reklamę firmy Roben, produkującej cegłę. To ona sponsorowała konkurs i  i weszła w porozumienie z miastem. Zwycięski projekt Sebastiana Warszawy i Wioletty Buczek-Warszawy kosztować będzie miasto/firmę wraz z nagrodą i ustawieniem około 50 tysięcy złotych. Rzecz stanąć ma w miejscu najlepiej eksponowanym od strony skrzyżowania ulic Prusa i Wyszyńskiego. Jak billbord.
Oczywiście, że wolę takie akcje niż billbordową reklamę, ale byłoby lepiej, żeby ustawić owoc tego konkursu w takim miejscu Wrocławia, które tego bardziej potrzebuje - są takie miejsca. Park Tołpy broni się sam - swoim drzewostanem, stawem, otoczeniem. Po drugiej stronie skrzyżowania od 2008 r. stoi już na skwerze pomnik - krzyż św. Edyty Stein austriackiego artysty Helmuta Strobla. Ma on 3,5 m wysokości, mniej więcej tyle ma mierzyć nowa konstrukcja z cegieł.
A co komu przeszkadzał tamten "Truth"?

Entenmark (z podziękowaniem dla specjalnego wysłannika)

niedziela, 13 maja 2012

"Chic" & szok

Był niegdyś we Wrocławiu najpiękniejszy zakątek. Plac powstały dzięki wspaniałej architekturze i przestrzeni oraz dzięki nieprzeciętnej rzeźbie. Nieregularny, z każdej strony otoczony inną epoką, z każdej perspektywy odmiennie wyglądający. Jego perspektywiczne osie skupiały się na pomniku św. Jana Nepomucena. Ten zaś, bodaj najpiękniejszy pośród setek innych Nepomuków śląskich i czeskich, dzieło Krzysztofa Tauscha i Jana Jerzego Urbańskiego z ok. 1730 roku, cudownie prezentował się zwłaszcza na tle gotyckiej elewacji kolegiaty Świętego Krzyża. Przed laty porastał ją winobluszcz zmieniający jesienią kolory. Jeszcze rok, czy dwa lata temu muzycy przysiadali popołudniami pod balustradą otaczającą pomnik świętego. Zwłaszcza starszy, brodaty i siwy gitarzysta, ubrany na czarno, w czarnych okularach, grając klasyczną muzykę nadawał wtedy temu miejscu jeszcze większy urok.
Nie będzie już takiego miejsca. Najpierw "ubogacony" został neostylowym kartuszem herbowym gotycki portal kolegiaty. Potem zepsuto widok na zachodnią stronę, dobierając (?) obrzydliwie kolory na elewację barokowego, biskupiego sierocińca. Natomiast od zeszłego roku obserwować możemy rozrastanie się letniego ogródka lokalu Cafe Chic (pretensjonalna nazwa idealnie pasuje do wystroju wnętrza oraz jakości serwowanej tam "kawy").


Przestrzeń najpiękniejszego placu starego Wrocławia ustąpiła miejsca mamonie. A wiadomo, kto wydaje pozwolenia na ogródki..., kto opiniuje i zatwierdza. Nie wystarczyły bezpretensjonalne stoliki na chodniku. Teraz mamy parasole ecru, sztuczne żywopłoty, drewniany podest ze sztuczną zielenią wokół pomnika i prawdziwe pelargonie w skrzynkach na jego balustradzie.



Idźmy dalej: w przyszłości więcej parasoli, kolorowe światełka rozwieszone między pomnikiem (ma mnóstwo wystających elementów, o które można zaczepić przewody) a Cafe Chic, natomiast zimą, ba! jesienią już, kiedy ustawi się gazowe lampy grzewcze, można będzie rozwiesić dekoracje świąteczne.
Widzę też oczami wyobraźni, że wrocławski pomysł i przyzwolenie znajdą naśladowców (jak kłódki na moście). Ogródek wokół pomnika kondotiera Gattamelaty Donatella na placu przed bazyliką św. Antoniego w Padwie, czy wokół fontanny Czterech Rzek Berniniego na Piazza Navona w Rzymie. I dlaczego ograniczać się tylko do kawiarnianych ogródków?



Entenmark (zniesmaczony)