czwartek, 27 czerwca 2013

Co ma piłka do Baumana?

W zeszłym tygodniu gościem Uniwersytetu Wrocławskiego był profesor Zygmunt Bauman. W rozpoczęciu jego wykładu przeszkadzała około setka polskich nacjonalistów, dokładniej członków i sympatyków Narodowego Odrodzenia Polski i sprzymierzonych z nimi kibiców Śląska Wrocław. I cóż z tego, że tym razem nie przynieśli ze sobą pałek i maczet, a jedynie gwizdki i transparenty? Wyskandowane okrzyki, gwizdy i gesty w zupełności wystarczały.


Policja i antyterroryści byli na szczęście w pogotowiu. Prezydent Rafał Dutkiewicz obecny na wykładzie tłumaczył się potem, że to nieprawda, iż toleruje się rasizm i nacjonalizm w mieście, ale minister spraw wewnętrznych sam zwrócił uwagę na to, że w tym przypadku organizacja kibiców Śląska jest niemal tożsama z organizatorami tej haniebnej zadymy. A któryż polityk w czasach trudnych i przedwyborczych nie hołubi  kibiców?
Niech za inne komentarze posłuży sekwencja ujęć z różnych dzielnic Wrocławia. To zdjęcia z różnych lat, tak jak widoczne na nich napisy i hasła pochodzą z różnych okresów. Od paru lat ekspansja tych agresywnych w formie i treści murali narasta. Ile z nich powstało za niewymuszoną zgodą mieszkańców i właścicieli nieruchomości? Do kogo mogą się zwrócić z interwencją?


(fot. polskieradio)

Entenmark

niedziela, 16 czerwca 2013

Klima & satelita

Czasem wystarczy spojrzeć z dalszej perspektywy, żeby z dystansu zobaczyć to, czego nie da się dostrzec, kiedy znajdujesz się tylko na swoim podwórku. Jest takie pojęcie jak ochrona krajobrazu historycznego albo ochrona pejzażu kulturowego, albo ochrona widoku na zabytek.
Wiosną tego roku cukrownia Pfeifer & Langer Polska SA w Gostyniu rozpoczęła stawianie potężnego silosu na terenie swojej fabryki, która leży na terenie tego niewielkiego miasta. Ma on mieć docelowo około 75 metrów wysokości.

Już teraz ów betonowy mega-cylinder jest dominantą krajobrazu. Będzie ona widoczna nieporównanie lepiej z każdego miejsca i ze znacznej odległości. Znacznie lepiej niż we Wrocławiu "silos" Sky Tower. Problem w tym, że Wrocław jest rozległym miastem, a Gostyń nie. Silos w Gostyniu o wiele bardziej konkuruje z gotyckim kościołem parafialnym i z usytuowanym na wzgórzu obok miasta barokowym kościołem Filipinów niż Sky Tower z jakąkolwiek tego rodzaju budowlą zabytkową we Wrocławiu.
Co widać, gdy spojrzy się przez bramę, wychodząc z terenu bazyliki Filipinów - silos Pfeifer & Langer Polska SA.


Ale nie musi być to od razu skala kosmiczna, w tym sensie, że z kosmosu widać tę ingerencję. Oto dwa przykłady z ostatnich czerwcowych spacerów nad Odrą w okolicach Muzeum Narodowego we Wrocławiu.
Przykład pierwszy:


widok na katedrę; jakaś biała plama "świeci" mniej więcej pośrodku długości południowej elewacji. Na kominie budynku zamieszkiwanego przez księży diecezjalnych zamontowano biały talerz anteny satelitarnej. Ktoś się może i postarał, bo antena jest jakby ukryta za kominem, czyli nie widać jej tak bardzo od strony katedry; a może po prostu z tamtej strony jest lepszy odbiór, co chyba bardziej prawdopodobne. A wyobraźmy sobie, że takich anten przybędzie na tym dachu. Jedna już wystarczy. Żeby ją chociaż pomalować na ciemny kolor.

Przykład drugi:


wiele pisano o pawilonie wydziału chemii uniwersyteckiej przy nabrzeżu Joliot-Curie. Obrońcy architektury powojennej, zarówno historycy sztuki jak i architekci, rozwodzili się nad wartościami bryły i nowatorstwem tej zaniedbanej i czekającej ciągle na decyzję budowli. Tymczasem z tyłu, za nią, gdy spojrzeć z mostu Pokoju, z miejsca z którego bodaj najlepiej się ona prezentuje z odległości, wyrósł nowy budynek biotechnologii uniwersyteckiej. Przerósł on stary pawilon chemii. Cóż zdarza się. Ale architekci nie pomyśleli jak znajdzie się ich budynek w tym otoczeniu w widoku z większej odległości. Na jego dachu znalazły się liczne i duże blaszane obudowy różnych urządzeń klimatyzacyjnych itp. Nie osłonięto tego żadną obudową, "attyką". Teraz nie pawilon chemii przyciąga wzrok między nową (acz ciągle niefunkcjonującą) Biblioteką Uniwersytecką a wieżowcem tejże chemii uniwersteckiej, lecz jakieś blaszaki. O banerze na pół wysokości wspomnianego wieżowca już nawet nie piszę, bo za rok wiatr go postrzępi i odleci gdzieś, hen.

Entenmark

piątek, 7 czerwca 2013

Urszuli Wilk księżycowe medytacje nad zdumiewającą rozrzutnością natury w posługiwaniu się błękitem

Ula Wilk otwarła w piątek, 7 czerwca, swoją wystawę w ratuszu wrocławskim.


Nadała jej tytuł  przewrotny - "Zdumiewająca rozrzutność natury w posługiwaniu się błękitem". Przewrotny, bowiem wśród prezentowanych w patio ratuszowym 10 kompozycji malowanych na płótnie, tych, w których ów błękit jest narzucającym ton kolorem jest niewiele - może dwie. Ale wiadomo, że to jedna z ulubionych barw Uli.


Pod niebiańską kopułą rozpościera się jednak ziemia zmieniająca się przez kolejne pory roku. I z nich przedwiośnie przynosi zestawy kolorów, które wydają się dla niej równie inspirujące.
Abstrakcyjne pejzaże, które powstają w jej księżycowym atelier są jednak przede wszystkim jej pejzażami wewnętrznymi. Jest w nich niezwykła dynamika i zarazem zrównoważenie, jest poszukiwanie jakichś utajonych, intymnych sił natury i tajemnic, które odkrywa jak wnikający w struktury materii biolog albo i kosmolog. Mikro i makro ujęcia stają się tożsame w jej obrazach. Wilk stoi na najbardziej ziemskim gruncie w księżycach i patrzy w niebo.


Są tam również dwa płótna odmienne, stonowane i inaczej medytacyjne, bo poprzez pewną monotonię równoległych, delikatnych linii, zaburzoną jakby podskórnie przez swobodne, pęknięte nitki farby, zaznaczające się fakturowo. Jeden z tych obrazów przywodzi na myśl klimtowskie lasy bukowe.


Ostatnio była w Chinach. Przywiozła papiery, maluje na nich, konfrontuje się z chińską tradycją pejzażu i może kaligrafii. Niedługo otworzy im poświęconą wystawę w Entropii. Scalaj dalej ten świat!




Entenmark

piątek, 5 kwietnia 2013

W temacie oczyszczania Wrocławia

Na łamach GW rozwija się kolejna akcja, której należy oczywiście przyklasnąć. Oto tylko niektóre przykłady:
http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,35771,13434744,Blogerzy_pomoga_oczyscic_Wroclaw_z_nielegalnych_reklam.html#TRrelSST
http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,35771,13668581,Dal_nam_przyklad_Krakow__jak_zwyciezac_nielegalne.html#TRrelSST 
http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,35771,13398721,Zyjemy_w_wizualnym_balaganie__Potrzebne_nowe_przepisy.html .

Przypomnę tu tylko skromnie, że o tym problemie pisałem w poście 10 stycznia 2010 (przeklejonym 2 lata później pod nowy adres) [ http://wroclaw-cartoon2.blogspot.com/2012/01/z-kartonowego-archiwum-24-miasto.html ], choć na pewno nie jestem ani pierwszym, ani jedynym, który to zauważył przed GW. Tej nowej akcji medialnej towarzyszą pierwsze starania przedstawicieli władz miasta, którzy udali się do Krakowa uczyć się, jak to się tam robi. Chodzi o wprowadzenie ładu estetycznego, przynajmniej w szerokim centrum miasta przed rokiem 2016, gdy Wrocław będzie Europejską Stolicą Kultury. Tę odrobinę ładu ma zapewnić skuteczne zapobieżenie wieszaniu jak popadnie bilbordów, banerów i wszelakich reklam. Wobec wielu już wydrukowanych opinii i postulatów oraz analiz, nie mam zasadniczo nic do dodania. Choć czasem można się nieźle uśmiać z zabawnych kontekstów stwarzanych przez potężne reklamy, to z nimi precz!


Pomija się jednak w tych dyskusjach i troskliwych pochyleniach się nad problemem dwa inne obszary najściślej związane z estetyką miasta, a raczej z jej brakiem czy niszczeniem. Mam na myśli nielegalne graffiti (tak, tak - jakież inne jest prawdziwym) oraz nielegalne reklamy rozlepiane gdzie popadnie, a przeważnie na słupach latarń, trakcji itp., skrzynkach elektrycznych itp.


O ile reklamy są w zasadzie legalne - zawsze jest jakieś uzasadnienie, nawet dla zasłonięcia okien całej kamienicy na pół roku - i chyba nawet należy zgłaszać w urzędzie do zatwierdzenia to, co się chce powiesić, to z całą gamą tych partyzanckich i z gruntu nielegalnych ogłoszeń, plakatów i afiszy, które oblepiają byle jak i byle gdzie każdą powierzchnię płaską lub walcowatą w technice na klej lub na taśmę jest - wydawać by się mogło sprawa prosta. Są nielegalne, są wieszane na nie przeznaczonych do tego powierzchniach i cudzej własności, a więc można je ściągać, zdzierać i jak kto chce jeszcze. Ale nie... Znamienna jest bowiem historia pewnego pana, który w 2009 r. podjął się samorzutnie oczyszczania miasta z takich właśnie nielegalnie rozlepianych reklam na słupach. Dostał po łapkach. Warto przeczytać: http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,35771,13427488,Chcialem_usuwac_nielegalne_reklamy__ale_tego_nie_wolno.html .


Obserwuję czasem miejskie służby, które mozolą się z tą pracą niełatwą i zastanawiam się nad jednym. Na większości tych "nielegalów" są adresy i telefony reklamujących się firm czy imprez oraz daty, godziny i miejsca wydarzeń. Dlaczego nie można pociągnąć ich do odpowiedzialności, dlaczego nie można obciążyć ich kosztami oczyszczenia? Może i tu wystarczy mały wybieg, który unieważni tłumaczenie w rodzaju "nic nie wiem o tym, że ktoś mnie w tak niewłaściwy sposób reklamuje". Polecam uwadze i staraniom urzędników.
Na muralach nielegalach i graffiti oraz innych spray-potworkach, których funkcja kojarzy się najbardziej z rytuałem obsikiwania terenu przez psy, brak adresów i telefonów. Pal licho, gdy wyżywa się taki ktoś na odrapanym murze na zadupiu lub w rozwalonej ruderze, czy na kolejowej bocznicy. Wiemy przecież jednak, że żadna świeżo pomalowana ściana, żaden na nowo otynkowany mur lub odremontowany most czy drzwi długo nie pozostaną czyste. Nie słyszałem w ostatnich latach, żeby mówiono o tym, jak miasto walczy z tą plagą. Na przykład, czy wykorzystuje się monitoring miejski do tego celu? To wydaje się stosunkowo proste, ale zapewne rozbija się o "niską szkodliwość czynu". Czy aby na pewno? Czy ktoś badał jakie ten śmietnik wizualny powoduje spustoszenie w naszej psychice i w naszym postrzeganiu świata?
Jest jeszcze inny aspekt związany z muralami, mianowicie tymi, które sławią zespół piłkarzy Śląska Wrocław - "Wyżej Śląska tylko niebo". Nie chciałbym mieszkać w bloku, który wieńczy widoczne z daleka i od lat takie właśnie hasło. Nie przypuszczam nawet, że ktoś z mieszkańców tego bloku na Różance protestował przeciw umieszczeniu tam tego napisu, podobnie jak charakterystycznie agresywnej reklamy Śląska ciągnącej się metrami na ścianie parteru i przy wejściu do innego wrocławskiego bloku (okolice Grabiszyńskiej), albo na garażach tu i tam lub pawilonach sklepowych. W końcu nasze .... biją za Śląsk.


Śląsk zielonoooo-biało-czeeeerwoni!!! I z jakąś czachą białą czasem? To jest zapewne zgodne ze statutem Stowarzyszenia kibiców "promowanie pozytywnego klimatu wokół Śląska na meczach jak i poza nimi".


Entenmark

środa, 6 lutego 2013

Słowa kluczowe: katedra, zegar, bezsens, bezguście

Katedra wrocławska została "ubogacona". W środę, 6 lutego, zamontowano na szczycie zachodnim, pomiędzy wieżami, tarczę i wskazówki zegara.


Rozważmy to.
1) Przed zniszczeniami wojennymi 1945 r. inny w formie zegar znajdował się na szczycie katedry.
2) Zegar ten miał pełną tarczę (nie ażurową, jak obecnie zamontowany) i znajdował się w dolnej części szczytu.
3) Szczyt, na którym był stary zegar miał kompletnie odmienny wygląd, a tarcza zegarowa była dopasowana do łukowo zamkniętej wnęki, specjalnie zaprojektowanej w celu umieszczenia w niej owej tarczy.
4) Obecna forma szczytu oraz wielkiego okna zachodniego katedry pochodzi z czasu powojennej odbudowy i była stylizacją gotycką, niemającą jednak żadnego oparcia w przekazach źródłowych.


Wynika z tego pierwsze łatwe spostrzeżenie: nie mamy do czynienia z rekonstrukcją, lecz z sytuacją zupełnie nową pod wszystkimi względami - neokreacją.

Postawmy sobie inaczej jeszcze pytanie o sens i ewentualne historyczne uzasadnienie umieszczania zegara między wieżami katedry. Jaka była historia zegara w tym miejscu?

1) Zegar pomiędzy wieżami pojawił się dopiero w 1802 roku; wykonał go na zlecenie kapituły katedralnej wrocławski zegarmistrz Józef (Joseph) Chepcinski.
2) Przed pożarem katedry w 1759 roku zegar znajdował się na jej wieży północno-zachodniej. Na szczycie nic takiego nie było. Po pożarze tarczę i mechanizm zamontowano na wieży kościoła Św. Krzyża (stamtąd wcześnie zniknął).
3) Formę szczytu katedry ponownie poprawiono w duchu neogotyku w latach 1873-75.

Wynika z tego, że obecnym działaniem nawiązano z grubsza do sytuacji (istnienie zegara na szczycie) z okresu 1802-1945.

Zastanówmy się, czy ma to sens: a/ historyczny; b/  funkcjonalny.

a) Na szczycie o formach neogotyckich, zaprojektowanym od nowa po 1945 r. dodano obecnie, po ponad pół wieku, zegar. Pierwotny projekt nowego szczytu nie przewidywał umieszczenia na nim zegara. Projektant i nadzór konserwatorski najwyraźniej uznali, że nie ma potrzeby odtwarzania sytuacji przedwojennej, mającej naówczas zaledwie 150 lat tradycji. Wraz z powrotem do ostrołukowej formy wielkiego okna wybrano oszczędną stylizację szczytu na neogotycki, ceglany, dzielony wyłącznie pionowymi, kamiennymi laskami. Obecne działanie jest zatem sprzeczne z ideą i zamysłem powojennych budowniczych i konserwatorów katedry. Wprowadza element, który nie miał w tym miejscu długiej tradycji, a ponadto wyglądał zupełnie inaczej. Powojenna forma szczytu wymagała również zaprojektowania zupełnie nowego rozwiązania "tarczy" zegarowej. Przebiegająca na osi szczytu laska uniemożliwiła zastosowanie pełnej tarczy, stąd owa ażurowa konstrukcja.

b) Może były inne, ważne powody umieszczenia na nowo zegara? Nie wydaje się. Po pierwsze przez pół wieku nie było go tam. Po drugie, w XIX wieku i wcześniej taki publiczny chronometr rzeczywiście był istotny. Obecnie, gdy każdy ma przy sobie zegarek, komórkę itp., itd., jego funkcja jest czysto dekoracyjna (jeśli ktoś uzna, że ta nowa forma rzeczywiście dekoruje - o tym później). Ponadto dzwon zegarowy katedry wybija godziny.
Wniosek: brak uzasadnienia historycznego i funkcjonalnego dla zamontowania zegara na katedrze.


Możemy jeszcze rozważyć kwestię estetyczną. Już nie tę, czy forma ażurowej tarczy dopasowana jest do neogotyckiego szczytu, lecz ogólnie - jak wypada ocena jakości estetycznej.


Otóż, zegar ma styl nijaki. Nie wiem kto go zaprojektował, kto uzasadniał jego potrzebę, kto opiniował jego projekt. Ten nie odwołuje się do żadnej konkretej formy historycznej, bo i nie było do czego w tym miejscu. Ażurowe formy obręczy i umieszczonych na niej rzymskich cyfr jeszcze najbardziej przypominają domowe ścienne zegary na baterię, jakie były popularne we wczesnych latach 80. XX wieku, a może i do teraz. Wskazówki mają formy nawiązujące do barokowych, neogotyckich (?), ale kluchowate i w ogóle niepasujące do stylistyki cyfr i ich oprawy. Sumując: jest to niebywały knot pod względem estetycznym. Pomijając względy konserwatorskie i historyczne, coś takiego nie powinno się znaleźć na budowli zabytkowej tej rangi.

Entenmark

sobota, 5 stycznia 2013

Wrocławska Mona Lisa

No, proszę. Powiedziałby ktoś, że tytuł wyraźnie inspirowany tytułem wystawy w Muzeum Miejskim, skrytykowanym w poprzednim poście tego bloga. Przyznaję, jest coś na rzeczy. Ale coś całkiem innego i rzecz nie ta sama, i w ogóle chodzi o co innego.
W okresie świątecznym Muzeum Archidiecezjalne udostępniło swój najnowszy nabytek wszystkim chętnym do zapłacenia 10 złotych (podobno obecnie przychodzi 100-150 osób dziennie). To sławny już dzięki prasowym tekstom ostatnich lat obraz Madonny z Jezusem pędzla Lucasa Cranacha Starszego. Taki zabytek-celebryta jest obecnie przedmiotem westchnień chyba wszystkich muzealników. Nie trzeba specjalnej reklamy, żeby ściągnąć zwiedzających, bo on już ją ma. I nie będę przypominał tu sensacyjnej, powojennej historii tego obrazu oraz jego niezwykłego powrotu do Wrocławia, bo to zostało po wielekroć opisane, a bodaj najwięcej starań w odtworzenie najnowszych losów zabytku włożył redaktor Włodzimierz Kalicki (ostatnio przypomniał dzieje obrazu w Magazynie GW z 28 lipca 2012, a wszyscy zainteresowani jego tekstem, chyba z 2001 r., mogą zajrzeć tu:  http://www.hbquik.com/poloniacal//sztuka/sztuka10.htm ). Sensacyjny powrót obrazu Cranacha trafił nawet do mediów filipińskich! [ http://artepinasarticles.blogspot.com/2012/08/cranachs-madonna-under-fir-tree.html ].
Obraz zatem wrócił ze szwajcarskiego sejfu via Warszawa i ministerstwo, by trafić do kolekcji kościelnego muzeum we Wrocławiu. Znalazł się ostatecznie całkiem blisko miejsca swego wielosetletniego przebywania w kaplicy biskupa Jana Thurzo przy katedrze wrocławskiej.
Muzeum Archidiecezjalne do bogatych nie należy. Wraz ze sławnym obrazem pojawił się więc problem jego wystawienia (redaktor Maciejewska grzmiała z łamów wrocławskiej GW, żeby pokazywać czem prędzej!), ale przede wszystkim odpowiedniego zabezpieczenia. Środki, a właściwie pracę w naturze, pozbierano z różnych stron. Lista przedsiębiorców dobrej woli i innych dobroczyńców jest długa i wisi w sali ekspozycyjnej. Miejsce na obraz wybrano jednak dosyć zaskakujące - jest to sala na parterze budynku muzeum, pierwsze drzwi na prawo z muzealnej sieni. Zresztą, kto chce wiedzieć nie musi nawet wchodzić, wystarczy, że zauważy nie dającą się przeoczyć zmianę na zabytkowej elewacji barokowego budynku.


Jedno z okien parteru (dodam, że jedno z czterech okien wspomnianej sali ekspozycyjnej) zostało bowiem zabezpieczone metalową roletą zewnętrzną w kolorze ciemnego brązu. Nie szkoda mi brzydkiej kraty, która tam do tej pory tkwiła, lecz żal mi zniszczonej barokowej elewacji i nie podoba mi się ta estetyka, a właściwie jej kompletny brak. O dziwo, jednocześnie muzeum otrzymało wreszcie nową tablicę ze swoją nazwą, zawieszoną obok wejścia. Jest szklana, prosta, liternictwo i układ całkiem do zaakceptowania. Tam nowa roleta, parę metrów dalej nowa tablica, a jednak dwa światy mentalne, dwie galaktyki estetyki. Cóż, składam to na karb owego pospolitego ruszenia wszystkich ludzi dobrej woli. Pytanie tylko, czy ktoś nad tym wszystkim panował, czy ktoś to organizował?
Zajrzyjmy wreszcie do wnętrza, tam jest w końcu rzecz najważniejsza. Ekspozycja Madonny (jako autorka projektu wymieniana jest pani Beata Siemińska z galerii Platon) wygląda tak: dla obrazu wydzielono z pomocą arkady oraz błękitnego koloru ścian końcową część sali, tworząc rodzaj sanktuarium. W ścianie na wprost wejścia wykuto płytką niszę, w którą wstawiono stalową, przeszkloną kasetę chroniącą obraz ujęty nowo zaprojektowaną (przez rektora ASP) ramą. Przesłania go też kolejna, większa szyba zawieszona na bolcach przed ścianą. Ponad obrazem wisi urządzenie klimatyzatora (?), jest też oświetlenie, kamera i alarm.


Alarm włącza się, gdy tylko nasza głowa przekroczy niewidzialną linię wyznaczoną łukiem arkady i liną zawieszoną na słupkach broniących wstępu dalej. Nie są to komfortowe warunki do napawania się arcydziełem wczesnego niemieckiego renesansu. Przy tylu zabezpieczeniach można by pozwolić podejść bliżej. Mam nadzieję, że kiedyś tak się stanie.
Obraz jest bardzo dobry. To wczesny Cranach i może rzeczywiście jedna z jego najpiękniejszych Madonn? Dobrym pomysłem było pokazanie w tej samej sali kopii dzieła wykonanej najpewniej w 1947 r. przez niemieckiego księdza i jego pomocnika. Jak powiedziała sama konserwatorka Daniela Stankiewicz, odkrywczyni (1961)  podmiany i kradzieży oryginału, kopia nie jest taka zła. I miała rację, zważywszy czas i autorów. Brak finezji szczegółów, zżółknięty werniks powodują wszakże, że dziś można się dziwić, jak to się stało, iż zamiana nie została zauważona. Pamiętajmy jednak: któż wtedy oglądał oryginał, kto się w ogóle interesował w 1946/47 roku obrazem Cranacha... I w ten sposób kopia zawisła na lata w pałacu arcybiskupim. Cała historia godna przeniesienia na ekran filmowy i takiego reżysera jak Juliusz Machulski. Byłby z tego drugi "Vinci", tyle że oparty na autentycznych wydarzeniach.
W jednym z wywiadów dyrektor muzeum, ks. prof. Józef Pater studził redaktora/rkę, mówiąc, że owszem obraz cenny, ale może niekoniecznie najcenniejszy w zbiorach. A więc nie Mona Lisa wrocławska?


Jest kobieta namalowana w półfigurze, na tle pejzażu, jest za szybami, cieszy się znaczną sławą i tłumy przychodzą tylko dla niej.

(fot. radio_rodzina)

Entenmark :-)

czwartek, 27 grudnia 2012

Szopka muzealna 2012

Przed Wigilią w Muzeum Miejskim Wrocławia otwarto nową wystawę. Jej tytuł - "Bruno Tschoetschel (1874-1941). Wrocławski Wit Stwosz XX wieku" -  ma wydźwięk straszliwie PR-owy, do czego to muzeum nas już przyzwyczaja. Dobra reklama powinna mieć jednak jakieś sensowne odniesienie do reklamowanego produktu - no, może gdy mówimy o "produkcie kulturalnym", bo gdy idzie o inne sfery, to mało kto się już tym przejmuje.


Oczywiście o Tschoetschelu do tej pory niewiele wiedziano nawet wśród historyków sztuki zajmujących się Śląskiem. Nie jest to aż tak dziwne, bo takich postaci lokalnej sceny artystycznej jest więcej. Niewątpliwie bardziej utrwalone są nazwiska kilku czynnych we Wrocławiu przed II wojną architektów, a to za sprawą wieloletnich badań paru historyków architektury tego okresu i wystaw w Muzeum Architektury. Z rzeźbiarzy niegdyś więcej było słychać o Jaroslawie Vonce, potem o Theodorze von Gosen (to już za sprawą Muzeum Miejskiego). Było ich jednak więcej, wspomnijmy choćby Thomasa Myrtka (1888-1935) czy Roberta Bednorza (1882-1973). Wszyscy oni byli na pewno artystami o zindywidualizowanych osobowościach, aktywnymi w Związku Artystów Śląska. Nikt ich nie porównywał do tej pory z jakąś artystyczną sławą wieków przeszłych. Czy zatem Tschoetschel przewyższał ich w czymś, czy też przyrównanie go do Stwosza jest tylko znakiem nowego trendu w autoreklamie muzeum?
Wit Stwosz stanowi pojęcie dla  niemal  każdego, jest on przede wszystkim synonimem kunsztu rzeźbiarskiego, a to przede wszystkim za sprawą głównego ołtarza bazyliki Mariackiej w Krakowie. Co można by poza tym zaliczyć do takich cech jego życia i twórczości, które zestawiane z inną epoką i miejscem pozwalałyby na wykorzystywanie jego nazwiska jako hasła wywoławczego? Na pewno był artystą wszechstronnym, pracującym w różnych materiałach i wykorzystującym różne techniki; był imigrantem (patrząc z perspektywy Krakowa), był postacią tragiczną (wydarzenie z fałszerstwem weksli, za które wypalono mu piętno na policzkach). Jeśli jednak przywołuje się Stwosza jako miarę, porównanie, odniesienie, to głównie, żeby nie powiedzieć - jedynie - dla jego artyzmu, kunsztu, najwyższych osiągnięć sztuki rzeźbiarskiej.
Co z wymienionych aspektów odnosić możemy do twórczości i osoby Tschoetschela? Owszem, sporadycznie pracował w kamieniu, generalnie był jednak snycerzem. Dyrektor Maciej Łagiewski miał jednak stwierdzić [http://www.wroclaw.pl bruno_tschtschel__wroclawski_wit_stwosz_w_muzeum_miejskim_wroclawia.dhtml], że "Nazwanie go Witem Stwoszem XX wieku z pewnością nie jest nadużyciem. Podobnie jak mistrz Stwosz Tschoetschel poświęcił się pracy dla Kościoła." No cóż, jeśli takie jest uzasadnienie dla tytułu wystawy przekazywane mediom, to może ma to jakiś sens? Na otwarciu, oprócz przedstawicieli właścicieli dzieł (w znacznej mierze są to kościoły katolickie), był  obecny również kardynał Gulbinowicz. Zauważmy jedynie, że większość bodaj zleceń na dzieła Stwosza, które znalazły miejsce w świątyniach szła od osób świeckich i płacona była nie z kasy kościelnej, z ołtarzem Mariackim włącznie. Któż jednak z czytających chwytliwe hasło będzie się zastanawiał nad powodami jego użycia? Tschoetschel - nowy Stwosz, to zestawienie będzie rozumiane jednoznacznie. Wskazywać będzie na potwierdzone autorytetem instytucji muzealnej mistrzostwo artystyczne Tschoetschela. Wyraźmy się zatem jasno i w opozycji do linii obrony pana dyrektora: to jest nadużycie! Gdy zestawi się twórczość Tschoetschela z pracami choćby wymienionych wyżej, jemu współczesnych śląskich artystów, widoczne będzie, jak bardzo był on tylko wytwórcą wyposażenia kościelnego. Można go cenić dzisiaj za to, że starał się wpasować w style dominujące w wystroju starych świątyń - gotyk i barok - i że czynił to z wprawą, której nie da się obecnie odnaleźć u współczesnych konserwatorów zabytków. Ale artystycznie był to oportunista i eklektyk, który niejednokrotnie znajdował rozwiązania formalne i efekty niebezpiecznie bliskie kiczu.


Samą wystawę należy powitać z zadowoleniem. To dobrze, że muzeum, które nie ma odpowiednio zasobnej własnej kolekcji, podejmuje próby wyjścia "w teren", znalezienia odpowiednich tematów i dzieł na czasowe ekspozycje. Twórczość Tschoetschela na pewno na to zasługuje, choć nie pod skrytykowanym powyżej szyldem. Miejmy nadzieję, że w katalogu, który ma się wkrótce ukazać będzie ta ocena jakości artystycznej jego dzieła bardziej stonowana. Widz, który zjawi się na wystawie znajdzie na niej około trzydziestu paru sztuk eksponatów rzeźbiarskich z kilku miejscowości (Wrocław, Trzebnica, Kamieniec Ząbkowicki, Syców). Niemal połowę z tej liczby stanowi wszakże 14 niedużych stacji drogi krzyżowej. Są też dwa retabula ołtarzowe i szopka podobnej jak one wielkości. Reszta to mniejszej skali kompozycje lub pojedyncze figury. Ten zestaw uzupełniony został w dwóch gablotach zestawem kopii umów zawieranych przez firmę Tschoetschela z trzebnickimi boromeuszkami i kilkoma pamiątkami rodzinnymi.
Parę słów jeszcze o aranżacji plastycznej wystawy, która zajmuje jedno pomieszczenie znajdujące się w przestrzeni poddasza. Kolorowe rzeźby eksponowane są na tle białych ścian, sufitu i wydzielających ekranów. Te ostatnie są niestety standardowe i niedopasowane skalą do rzeźb. Niektóre z nich tracą, gdy wzrok patrzącego natrafia krawędź ekranu "tnącą" górną część figury, jak w przypadku może najlepszej tam rzeźby wyobrażającej Madonnę z Dzieciątkiem (z kościoła Świętej Rodziny we Wrocławiu).


Podobnie w przypadku ekranów wydzielających przestrzenie dla nastaw ołtarzowych. Świecznik na paschał Tschoetschela został postawiony w kącie jakby trochę przypadkowo i konkurowały z nim gniazdka elektryczne tuż obok. Jako specjalny akcent świąteczny zaplanowano szopkę od sióstr boromeuszek z Trzebnicy, ustawioną centralnie i na osi wejścia.


Uderzający w niej natłok detali różnej proweniencji i w różnych stylach, owa tschoetschelowska ekspansja eklektyzmu, została jeszcze wzmożona przez obstawienie eksponatu choinkami i dekorowanymi świątecznie (plasterki suszonych cytrusów!) doniczkami z poinsecjami (gwiazda betlejemska). Analogiczne doniczki z kwiatami ustawiono przed dwoma ołtarzami na wystawie. Zrobiło się bardzo kościelnie.
Wracając na zakończenie do podtytułu wystawy. Skojarzenie ze Stwoszem może się usprawiedliwiać jedynie poprzez formę bazyliki Mariackiej w Krakowie i jej wież jako motywów najczęstszych w szopkach krakowskich. Ich twórcy nawet jednak nie śnili, że ktoś mógłby ich zestawiać z mistrzem Witem.

Entenmark