niedziela, 31 maja 2015

Lecą krasnale. Chełmoński według Kosałki

Jerzy Kosałka poleciał tym razem bocianami z krasnalami. Fly by stork - lataj tanimi liniami razem z bocianami. Ideę Kosałki pomógł wcielać Maciej Albrzykowski. W hali przylotów wrocławskiego terminalu lotniczego zawisło na wernisaż 31 maja 5 ptaszysk wielkości pterodaktyli dosiadanych przez charakterystyczne wrocławskie krasnale z brązu o skali dżokejskiej.


Artyści spieszyli się, ale wyszło tak, że goście wernisażu stali się publicznością "próbną" albo przedpremierową, bo w następnych dniach bocianio-krasnali klucz ma zostać dopełniony dwoma kolejnymi oraz największej skali krasnalem-nawigatorem.


Idea jest na specyficzny, kosałkowy sposób jasna: polski ptak (prześmiewcze, bo nie tylko polski, a w tym roku to w ogóle przebiła nas ponoć Hiszpania pod względem liczebności bocianiej populacji), kierowany przez wrocławskiego skrzata (prześmiewcze, bo jeśli Kosałka używa wrocławskiego krasnala, to znając inne jego prace, w tym z wrocławskim skrzatem Fritzem Haberem, nie jest on ich bezkrytycznym miłośnikiem) ma wpasować się w imprezy artystyczne promujące Wrocław jako Europejską Stolicę Kultury 2016. Krasnale trzymają między innymi atrybuty sztuk pięknych i literatury. Wernisaż rzeczywiście otwierali Krzysztof Maj jako dyrektor generalny i Michał Bieniek jako kurator odpowiedzialny za sztuki plastyczne. Chwała im za to, że zaryzykowali tę Inwazję (bo taki tytuł nosi instalacja).


Co do efektu - nie końcowego, bo dzieło w procesie - przestrzeń hali trudna, za dużo dzieje się na dole, światło i perspektywa nie z każdego punktu sprzyja oglądaniu; codzienna publiczność, czyli pasażerowie, zajęta raczej własnym bagażem. Między wernisażową publicznością przemknęła z walizeczką Agnieszka Holland. Wzrok ludzi nieświadomych istnienia baśniowego kiczu (w zaproszeniu mowa o "stylistyce pop-artu", bo to brzmi lepiej) ponad głowami nie błąka się pod sufitem, a jak już się zabłąka, to czy między ukośnymi słupami konstrukcji i spod liści drzew w donicach wyłuska te bociany jako coś więcej niż kolejną akcję reklamową lub gadżet dekoracyjny?


Artyści mierzący się z tą przestrzenią i charakterem miejsca również wiele ryzykują. Do obejrzenia przez dwa miesiące.

                                 http://www.nasze-hafty.pl/networks/images/image.117837

Entenmark

środa, 4 marca 2015

Jak zaprojektować zabytek? Przypadek Solpolu

Gdyby biznesmen Solorz przypuszczał, że architekt Jarząbek zaprojektuje mu zabytek, to może by go nie zatrudnił. Teraz ma kłopot, bo chciałby na tej samej działce wybudować nowszy, wspanialszy, przynoszący większe zyski budynek, a być może nie da się tego zrobić, bo wpisanie do rejestru zabytków Solpolu I uniemożliwi taki krok. Właściwie przy pomocy sprawnych prawników mógłby podać do sądu pana architekta, który naraził go w ten sposób na utratę zysków. W sądzie eksperci przedstawialiby sprzeczne opinie na temat tego, czy więcej zarobiłby biznesmen na nowym budynku, czy też może zyska więcej, korzystając z  ewentualnie przysługujących mu (po wpisie Solpolu do rejestru) dofinansowań do remontu "zabytku".
Pani konserwator Barbara Nowak-Obelinda już uruchomiła procedurę wpisania do rejestru, zapytawszy o radę Radę, w której najwyraźniej dominują zwolennicy wpisania Solpolu. Ciała w typie Rad mają zwykle to do siebie, że nie reprezentują poglądów równo rozłożonych w tzw. środowisku. Wypowiadające się pozytywnie na ten temat lub nawet afirmatywnie środowiska architektów również nie mogą być obiektywne, bo są zainteresowane. Twórcy chcą, żeby ich dzieła były wieczne i cóż może dać lepszą gwarancję niż uznanie za zabytek. Nawet jeśli przeczą, to nie należy w to wierzyć, bo siedzi im to po prostu  "im Hinterkopf", w tej części podświadomej. Nadto, któż jest wtedy lepszym ekspertem od takiego zabytku, wymagającego remontu czy liftingu, niż jego twórca?
Afirmatywnie wypowiada się na temat wpisania Solpolu I do rejestru zabytków historyczka sztuki dr Agata Gabiś (por. https://www.facebook.com/TUMWro). Sprawnie zebrała argumenty, które wspierają tezę, że architekt szanował kontekst przeszłości, wpisywał się w tradycję ulicy, a budynek jest świadectwem epoki i jako taki w pełni zasługuje...
Pani doktor zawodowo interesuje się współczesną architekturą Wrocławia, więc będzie bronić każdego jej wytworu. Jak mediewista broniłby każdą gotycką cegłę, barokista stiukowy detal, a zajmujący się XIX wiekiem żeliwną konstrukcję.
W tej dyskusji powinno się jednak pojawić hasło Zabytek. Jego definicja urzędowa, obowiązująca urzędy konserwatorskie, jest bardzo nieprecyzyjna. To "nieruchomość lub rzecz ruchoma, ich części lub zespoły, będące dziełem człowieka lub związane z jego działalnością i stanowiące świadectwo minionej epoki bądź zdarzenia, których zachowanie leży w interesie społecznym ze względu na posiadaną wartość historyczną, artystyczną lub naukową" (art. 3 ust. 1 ustawy z dnia 23 lipca 2003 r. o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami).
W odniesieniu do Solpolu I i w ujęciu apologii dr Gabiś i innych wszystko pasuje jak ulał. Jasne, że wielce dyskusyjne są kwestie "interesu społecznego  ze względu na posiadaną wartość historyczną, artystyczną lub naukową". Te wartości obiektywizują się dopiero po upływie czasu. Nie po pokoleniu, a nawet dwóch. Stąd ustawa mówi o  "świadectwie minionej epoki ". I to jest w tej definicji miejsce, żeby nie powiedzieć pęknięcie, w które można wlać żółć lub eliksir wątpliwości. Czy minęła już bowiem epoka, w której powstał Solpol I? O ile mi wiadomo, wszelkie definicje epoki jako jednostki periodyzacji dziejów posługują się dosyć obszernymi kategoriami pod względem chronologicznym. Żeby nie sięgać do kategorii takich jak renesans czy nowożytność i przybliżyć się do problemu, to znajdujemy się w epoce czasów najnowszych, której początek kładzie się w momencie zakończenia II wojny światowej. Wszelkie inne podziały biegną w obrębie tak rozumianej epoki. Czy może Solpol oraz jego architekt wraz ze swoim mecenasem jakąś epokę zakończyli? Jak w rozumieniu ustawy definiuje się epokę? Czyżby w sposób niezauważony minęła nam po dacie ukończenia Solpolu I w grudniu 1993 roku jakaś epoka? I jeśli tak, to w jakim rozumieniu? Historycznym czy w zakresie dziejów sztuki i architektury? W epoce czasów najnowszych historycy widzą pewną umowną granicę w 1991 roku, od którego miał się zacząć okres "postzimnowojenny". Ale to nie nowa epoka. Zdecydowanie za wcześnie żeby wyznaczać rozpoczęcie nowej epoki w dziejach sztuki po 1993 roku.
Można jeszcze wziąć pod uwagę w tej próbie poszukiwania przełomów epok perspektywę, którą śmiało tu nazwę "dodyczną", czyli uwzględniającą szerokie gusta miłośników Doroty Rabczewskiej, celebrytki o artystycznym pseudonimie Doda. Ale i w tym przypadku Solpol I, będący miejscem jej debiutu (to tam kręcono reality show o nazwie "Bar", w którym Doda zaistniała szerzej bodaj po raz pierwszy) należałoby umieścić już w nowej i aktualnej nam epoce Dody.
Wszystko to są - można skwitować - sofistyczne argumentacje. Zgoda, ale po obu stronach. Część tzw. "świadectw epoki" dokumentuje się różnymi sposobami, a tych jest multum. Solpol I zabytkiem nie będzie nawet po wpisaniu do rejestru. Piękna mu też nie przybędzie, także dlatego, że nie będzie się ładnie starzał.

Entenmark

poniedziałek, 23 lutego 2015

Już tylko jeden słup na Mamucie, a mury runą...

Dyskusje nad wysokością nowych murów nad Odrą rozwijają się we wszystkich mediach i coraz częściej słychać głosy, że mury ulegną, że może trzeba je będzie obniżyć. I dobrze, choć starego, krzywego muru, na którym historia, zakochani i miłośnicy regat oraz piwa odcisnęli swoje ślady nic już nie przywróci. Podobnie jak dotychczasowego widoku na Ostrów.

Tymczasem jakieś roszady mają miejsce przed elewacją Mamuta, o którym pisałem poprzednio. Dół z fundamentem pod jeden ze słupów trakcji tramwajowej zasypano starannie i położono na powrót chodnik, a nowe miejsce pod słup wyznaczono kilka metrów na wschód od budynku! Czyli punkty rozstawienia tych słupów nie są aż tak sztywne, można nimi nieco manipulować, co obrazuje poniższa para wizualizacji.



Jest o 50 % lepiej. Ale Panowie! Nie dałoby się tego drugiego słupa trochę w lewo? W tym przypadku symetria byłaby pożądana!

Entenmark

czwartek, 12 lutego 2015

Tam zaszły zmiany w polu naszego widzenia

Głośno od paru dni o nowym murze oddzielającym chodnik nadrzeczny od nurtu Odry  na odcinku między kładką nad zatoką gondoli a Akademią Sztuk Pięknych, czyli na Bulwarze Xawerego Dunikowskiego. Mur podwyższono do około 120 cm. Dzieci, zgarbieni staruszkowie, osoby na wózkach będą odtąd poruszać się na tym odcinku między murem a stromym zboczem bastionu Ceglarskiego. Szansę na oglądanie stąd lustra wody będą miały osoby mierzące od około 150 cm wzwyż.

                                       Zdjęcie u góry z przystawienia do oka. Dolne "z biodra".

Dlaczego tak wyremontowano niski, stary murek, na którym młodzi lubili siadywać zwieszając nogi w dół? Murek był stary i jakoś należało chronić jego charakter, a więc miał pozostać ceglany. Do rejestru zabytków wpisany nie był, bo przecież inaczej nie zostałby teraz zbudowany na nowo i bez odtworzenia jego cech stylowych (poza nakryciem z wierzchu płytami granitu i zachowaniem ozdobnych ciosów z piaskowca na narożniku przy kładce). Oczywiście rządziły zatem słynne normy - podobnego rodzaju jak te, którym zawdzięczamy najsłynniejsze biało-czerwone barierki wydzielające ścieżki rowerowe wzdłuż drogi na Trzebnicę i nie tylko. Ale tak naprawdę rządzi w takich sytuacjach brak myślenia, ograniczenie się do swojej, wąskiej działki odpowiedzialności i zwykły oportunizm.
A teraz zgłosił się poruszony tą sprawą prezydent Rafał Dutkiewicz, któremu mur też się nie spodobał, jak się dowiedział, że zaistniał, bo przeczytał w gazetach. Nie wypowiedział się jak dotąd konserwator miejski.
Ale to trochę przypomina problem z tzw. szpilkostradą w rynku, którą układa się za 3 miliony. Pojawiły się bowiem głosy tzw. opinii publicznej, że nie da się wygodnie chodzić po kostkach w rynku, bo paniom się obcasy wyginają. Teraz jednak nie używa się już oficjalnie czy półoficjalnie nazwy szpilkostrada, bo środki na przebudowę nawierzchni pozyskano na stworzenie pasa dla niepełnosprawnych. Wprawdzie wzdłuż pierzei rynkowych leżą gładkie płyty chodnikowe, ale te zastawiane są ogródkami lokali gastronomicznych. Nie prościej byłoby wydawać pozwolenia na ogródki odsunięte o te kilka metrów od linii kamienic? Chodniki mogłyby służyć wtedy do chodzenia, także na szpilkach, a nie do siedzenia.
Ale wracam do rzeki Odry w opisanym miejscu i widoków stamtąd.
Otóż murek to tylko jeden pryszcz. Tam zachodzą zmiany dalsze i trwalsze.
Zmiana pierwsza: wyrosła już bryła biblioteki Archidiecezji.


Zakryła w znacznej mierze widok na katedrę. Cóż, ten widok był zasługą zniszczeń wojennych, jak wiele innych widoków i perspektyw wrocławskich, które też w ostatnich latach zniknęły. Nowa biblioteka nawiązuje do kształtu stojącego tam do 1945 r. barokowego, osiemnastowiecznego alumnatu. Będzie zatem kolejną neobarokową atrapą. To nie będzie architektura, to nie jest dzieło sztuki architektonicznej, nie odważono się pomyśleć nawet o konkursie architektonicznym, by w miejscu tak specjalnym dać szansę na zaistnienie dobrej architektury naszych czasów. Znowu oportunizm. Projekt wykonała pracownia AQ7 z Wrocławia. Czym może się poszczycić? Po przeszukaniu internetu wydaje się, że niczym, jeśli nie liczyć krytykowanych w prasie projektów rozwiązań kolorystycznych dla bloków na osiedlu Popowice. A i to nie na własnej stronie internetowej, bo takowej chyba nie posiada. A wizje ukończonego budynku są takie:

[za: http://wroclaw.express-miejski.pl/galeria/4273-2,biblioteka-archidiecezjalna#powstanie-biblioteka-archidiecezjalna-na-ostrowie-tumskim]

Zmiana druga w najpiękniejszym pejzażu miejsko-nadrzecznym Wrocławia: trzeci komin elektrociepłowni. Jesteśmy niewątpliwie przyzwyczajeni do widoku tej starej pary kominów, tych kominowych Jasia i Małgosi.


Ale pojawienie się tego trzeciego uświadamia boleśnie jak paskudnie ingerująca jest ta ciepłownicza infrastruktura. I teraz, na początku XXI wieku, w kulturalnym poniekąd i aspirującym mieście pozwala się na postawienie w środku miasta (bo to jest teraz środek miasta jeszcze bardziej) takiej formy nie aspirującej do niczego więcej poza wydmuchiwaniem oczyszczonych spalin.


Czy komin nie może mieć formy bardziej ambitnej, bardziej zaprojektowanej architektonicznie, artystycznie (niekoniecznie tak, jak to zrobił Hundertwasser w Wiedniu), jeśli ma już tak wciskać się nam przed oczy i wyłazić w najbardziej zaskakujących widokach? A może to taka nowa wrocławska tradycja? Każdy chyba wie, o czym myślę?

Entenmark

sobota, 7 lutego 2015

Słupy na Mamucie

Wrocławskie MPK modernizuje trakcję tramwajową na ul. Sienkiewicza, na odcinku między pl. Bema a ul. Matejki. Prace miały zakończyć się na początku grudnia 2014, ale są już znacznie opóźnione. Nie to mnie jednak martwi. Powodem tego wpisu po miesiącach przerwy jest dzisiejszy spacer, w trakcie którego zorientowałem się, że dwa wielkie nowe słupy podtrzymujące trakcję elektryczną mają stanąć tuż przed ceglaną elewacją dawnego magazynu piekarni Mamut (do 1945 Consum Verein). Budynek z lat 1912-1915 wg projektu Alfreda Doerferta ma  niezwykle charakterystyczną, ceglaną elewację, której kompozycja oparta jest na kontraście rytmu arkad w kondygnacji parteru i wysokich wnęk mieszczących okna trzech wyższych kondygnacji. W nich też umieszczone są w pewnych odstępach ceramiczne płaskorzeźby ukazujące pracę w piekarni. Budynek zarówno ze względu na walory konstrukcyjne, jak i architektoniczne formy elewacji zaliczany jest do "najciekawszych protomodernistycznych budynków przemysłowych powstałych przed I wojną światową we Wrocławiu." [Jerzy Ilkosz w: Leksykon architektury Wrocławia, 2011, s. 876].


                                       
                                     Tak mniej więcej mają być ustawione słupy nowej trakcji.


Nawet jeśli istnieją jakieś nowe przepisy nakazujące mocowanie trakcji na niezależnych od budynków słupach, nawet jeśli bywają problemy ze zgodą właściciela budynku na mocowanie trakcji do elewacji, to w przypadkach budynków zabytkowych należy poszukiwać innych rozwiązań niż najbardziej prostackie. Niestety nie zrobiono tego sześć lat temu przed elewacją dawnego domu handlowego Kameleon, modernistycznej wizytówki Wrocławia (Erich Mendelsohn), gdzie trzy słupy trakcji stanęły tuż przy elewacji (por. post z 15 sierpnia 2009: http://wroclaw-cartoon2.blogspot.com/2012/01/z-kartonowego-archiwum-8-watpliwy-urok.html). Na pewno to nie słabość żelbetowej konstrukcji budynku magazynu piekarni wymaga usunięcia z niej mocowań trakcji, których prawie się nie zauważa. Tak to też robiono w czasach, kiedy go budowano.
Prymitywizm postępowania projektantów w przypadku prowadzonej obecnie modernizacji, jak i bezwład nadzoru konserwatorskiego i plastycznego w mieście są porażające.

Entenmark

wtorek, 5 sierpnia 2014

Tauromachia we Wrocławiu. Czy można przejechać się na byku?

Jakże inna jest panorama prasy wrocławskiej piszącej o najnowszej, szeroko reklamowanej wystawie "Tauromachia", w porównaniu z zeszłoroczną poświęconą malarskiej rodzinie Breughelów. Jakże inne są głosy opinii publicznej wyrażane w komentarzach pod tekstami prasowymi.
Krytycznie - stawiając przeważnie pytania o stosunek wydatków finansowych do efektów - wypowiadają się osoby z prasy (Katarzyna Kaczorowska/Gazeta Wrocławska), osoby ze świecznika wrocławskiego (dyr. Dorota Monkiewicz/Muzeum Współczesne Wrocław), ale też wielu zwykłych widzów-czytelników.
Jest to budujące, bo w przeciwieństwie do sytuacji z roku minionego, mamy namiastkę dyskusji na temat wystawy, która zapowiadana była od roku jako bodaj największe wydarzenie na scenie muzealno-plastycznej Wrocławia.
Jest to zarazem zaskakujące, bo wydawać by się mogło, że wystawa prac graficznych jest o wiele bardziej "bezpieczna" niż pokazywanie malarstwa tablicowego mistrzów dawnych. Obraz jest dziełem jednostkowym, bardzo indywidualnym i trudniejszym w tym sensie, że słabe dzieło nie obroni się. Na wierzch wyjdą wszelkie niedoskonałości kompozycji, koloru, techniki. W grafice natomiast jej "techniczność", czy jej - w pewnym sensie - rzemieślniczy charakter, specyfika medium, daje szansę wybronienia się w analogicznych przypadkach. Ponadto, cóż mówić o oryginałach, gdy zasadą prac graficznych jest powielanie odbitek w wielu egzemplarzach z tej samej płyty, matrycy.
Nawet sam sposób eksponowania grafik daje naturalną osłonę przed zbyt dociekliwym wzrokiem "znawców". Dzieło chroni szyba, passe-partout, słabe oświetlenie. W tych warunkach różnice między oryginalną odbitką, jedną z pierwszych w nakładzie, a ostatnią, ba! nawet wysokiej jakości faksymilami, nie grają aż takiej roli. Żeby się zachwycać niuansami poszczególnych edycji, porównywać odbitki z pierwszej dziesiątki z tymi z trzeciej setki, należałoby studiować je z lupą i bez szyb, móc - trzymając arkusz w ręku obracać nim delikatnie w poszukiwaniu najlepszego światła wydobywającego fakturę papieru i delikatne linie farby i jej odpryski zostawione przez zadzior metalu.
To jest oczywiście niemożliwe na tej, jak i na prawie żadnej wystawie grafiki obecnie. Zresztą europejskie przepisy muzealne w odniesieniu do eksponowania prac rysunkowych i graficznych, wręcz zalecają eksponowanie faksymilów i ochronę wrażliwych na światło prac na papierze.  Na szczęście dla nas takie rygorystyczne podejście bywa omijane, zwłaszcza w przypadku wystaw, na których prace eksponowane są krócej. Świadomość, że ogląda się oryginał, a nie kopię, jest jednak ważna.
Mimo wszystko reakcje negatywne na tę właśnie wystawę są zaskakujące dla mnie. Oceniam ją lepiej niż breughelowską. Jest lepiej zaaranżowana, Muzeum Architektury uzyskało dzięki niej pieniądze od miasta o jakich nie mogło marzyć i dokonało koniecznych od dawna zmian unowocześniających w aranżacji wejścia i przestrzeni wystawienniczej w prezbiterium kościoła oraz - co napisałem wyżej - w przypadku grafik nie ma aż takiego znaczenia na wystawie ich "oryginalność". Nawet końcowe odbitki nakładu, nawet wykonane z oryginalnych płyt po śmierci twórcy, a nawet faksymile dają lepszą okazję zbliżenia się do poznania charakteru pracy artysty niż reprodukcja w albumie.
Ale ludzie poczuli się oszukani. I słusznie. Winna jest jednak nie ekspozycja sama, bo na niej jest - dla chętnego do studiowania podpisów - napisane, co jest odbitką, która mogła wyjść spod ręki, czy z pracowni mistrza, a co jest tylko późniejszą kopią. Także przy kartonie służącym do wykonania tkaniny z Guernicą jest wyraźnie napisane, że nie Picasso przy nim pracował. Jeśli nie zwracać uwagi na inne ewidentne kiksy (choć mogą obrażać publiczność), jak choćby zawieszenie fotograficznej reprodukcji obrazu Goyi oprawionej w ramę (skoro nie wyszło sprowadzenie obrazu, który miał grać w tym miejscu   - choć mowa była o nim niemal w przeddzień otwarcia - to robienie ułudy oleju na płótnie przez dodanie ramy wyszło tandetnie), czy też zapowiadany "olej Canaletta"(?), który nie jest  wcale "wspaniały", to wystawa daje jednak możliwość zapoznania się z pewnymi wycinkami twórczości trzech słynnych artystów zza Pirenejów, jakoś powiązanymi przez byczy motyw.
Jednak, jeśli systematycznie, do ostatniej chwili i jeszcze na konferencjach prasowych przed otwarciem, pompowano informacje o tym, z jakimi to niezwykłymi i rzadkimi okazami sztuki światowej szanowna publiczność będzie miała okazję się zapoznać, jak wyjątkowo dla nas, dla Wrocławia skomponowany jest ten pokaz wyjątkowy, który wyląduje we Wrocławiu w przelocie między Pragą, São Paulo a Baku, to trudno się teraz dziwić reakcji. Zwłaszcza, jeśli potem na wystawie okazuje się, że główne hity się nie pojawiły.

Entenmark

czwartek, 29 maja 2014

Koniec świata w Wilczym Kącie


Ktoś kiedyś miał ideę. Wybudował w dziwnym miejscu na obrzeżach Wrocławia chłodnie. Był koniec XIX wieku. Biznes się rozwijał, chłodnie były potrzebne, rozbudowywały się. Okolica była ładna, niedaleko rzeki Oławy, rozlewisk, po drugiej stronie rzeki świeży, bo współczesny początkom chłodniczego biznesu, pałac Hollenderów. Przyroda bujna wokół, ptactwo lata i świergoli, a do miasta nie tak daleko, bo jeszcze przed Księżem Małym. Miejscu nadano tajemniczą i romantyczną nazwę Wolfswinkel - Wilczy Kąt. Czy kto tam kiedy wilka zobaczył, wątpię. I tak to sobie trwało, rozwijało się do wojny. W latach 30. XX wieku właściciel zakładów chłodniczych zainwestował i wystawił pokaźną willę. Polacy przejęli. W nowej Polsce chłodził tam jeszcze Nordis. I przestało się jakoś opłacać. Przyszedł deweloper chłodnie zburzył, a willi nie mógł, więc zostawił. Sama się rozpadnie. Inwestycja nie rusza, więc jest pusto, pilnować nie ma kto i nie ma czego. Parę lat minęło i ludzie sobie poradzili. Metalowe części jakby wyciągnął wielki elektromagnes - przewody, rury, nawet wmurowane belki nadokienne; przez zapomnienie chyba zostały żelazne schody na piętro. Okna wyrwane, wszystko potłuczone.

Poruszyła sprawę 15 marca w GW Sylwia Foremna: "Dom z lat 30. XX wieku służył głównie jako budynek administracyjny i siedziba kierownictwa chłodni. Oprócz kilku pracowniczych mieszkań znajdowały się tam biura i pralnia. Przed i po wojnie na górze mieszkali kolejni dyrektorzy chłodni, która sąsiadowała z zabytkiem. Niegdyś willa należała do Josefa Mitterlechnera, jednego z pierwszych właścicieli Breslauer Eiswerke. Ostatnim jej właścicielem była firma Nordis." I dalej relacjonuje rozmowę z wrocławską Konsewator Miejską:  "Grunt i dom są w użytkowaniu wieczystym inwestora, który ma wybudować tam zespół wielorodzinnych budynków mieszkalnych z garażami. - Willa jest zabytkiem i nie może zostać zburzona. Ma być jednym z elementów nowej zabudowy. Zostanie przeprojektowana tak, by wpisała się w planowaną inwestycję - zapewnia Katarzyna Hawrylak-Brzezowska, miejski konserwator zabytków." Następnie z przedstawicielką inwestora: "Zabytek zostanie odrestaurowany. - Zrobimy to zgodnie z poszanowaniem architektury. Powstanie w nim ogólnodostępne, komercyjne spa - przekonuje Alicja Kowalska z Euroland Investment, firmy, która prowadzi inwestycję przy ul. Wilczej."
Cały tekst: http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,35771,15627269,Spa_urzadza_w_zabytkowym_domu_wlasciciela_chlodni.html#ixzz2znDHjkBX"


Rozmowa miała miejsce zapewne niedługo przed publikacją tekstu. Ja byłem tam w kwietniu. A na stronie  Euroland Investment sprzed przynajmniej 3 lat pisano, prezentując projekty klatek schodowych apartamentowców, które miały stanąć tam, gdzie dzisiaj rosną dzikie truskawki i skrzypy:
"Grupę docelową, dla której dedykowana jest przestrzeń, stanowią majętni użytkownicy w średnim wieku, szukający niebanal­nych rozwiazań i wysokich walorów estetycznych. Wskazana grupa ludzi przywiązuje dużą wagę do jakości wykończenia wnętrz, nie tylko w obrębie własnego apartamentu, ale także przestrzeni wspólnych."
Docelowa grupa osiągnie wiek późnośredni, a willa, którą chcą tak chronić władze konserwatorskie, przestanie istnieć. Niebywałe jest marnotrawstwo w kraju naszym. A to co piękne i z jakichś powodów stoi na drodze planów szybszych biznesów, znika łatwiej. Kupić fabrykę, żeby z niej wyrwać żeliwne części na przetop - to sprawa ostatnio głośna, ale przecież znalazłoby się więcej.
Dziwne, ale ten ciekawy nadzwyczaj budynek właściwie nie istnieje nawet w świadomości zainteresowanych wrocławską  architekturą tego czasu, przynajmniej jeśli sądzić po nieuwzględnianiu go w monumentalnych opracowaniach wrocławskiej architektury, jak dwutomowy Atlas architektury Wrocławia pod redakcją Jana Harasimowicza, czy nowszy, opasły Leksykon architektury Wrocławia. W Archiwum Budowlanym nie udało się znaleźć żadnych o nim informacji.
Z okien górnych pięter jakimś cudem wyremontowanego pałacu Hollenderów widać może plac po chłodniach i wielkie drzewo, w którego cieniu stoi jeszcze willa. "Grupa docelowa" w średnim wieku czeka na SPA.

Entenmark