niedziela, 15 stycznia 2012

Z kartonowego archiwum 56 (A mury prują...cd.)


08 czerwca 2011
Krótkie uzupełnienie do poprzedniego wpisu.
Chyba całkowicie nie mam racji. Prawdopodobnie skuwanie "do żywego" gotyckich ścian jest zgodne z teorią, sztuką i praktyką konserwatorską. Otóż podesłałem link do tego blogu do wszystkich urzędów konserwatorskich we Wrocławiu. Zero reakcji na mail. Nie dziwię się. Któż reagowałby na takie maile, może to spam albo paskudny wirus (raczej to drugie)?

Cóż więc  nowego na naszym placu remontowo-budowlanym w kościele św. Macieja? Otóż wyrąbano kolejne partie gotyckich cegieł. Tym razem z węgarów portalu od strony wnętrza. Następnie wymurowano te partie na nowo z cegieł, które skądeś przywieziono. Rozczulające jest to, z jaką troską konserwatorską podszedł ktoś do tego dzieła. Te "nowe" cegły to były stare cegły. Nie gotyckie jednak, lecz może dziewiętnastowieczne. Zaznaczam, że ta wymiana nie miała najmniejszego uzasadnienia ze względów konstrukcyjnych, wytrzymałościowych itp. No, może te obecne wytrzymają o 1000 lat dłużej? Całe te partie ścian zostaną w następnym etapie otynkowane (tynki "renowacyjne", a jakże!). Ktoś to rozumie?

Jest jeszcze jedna nowa rzecz. Kontener i wejście widoczne na zdjęciu w poprzednim wpisie odgrodzone zostały biało-czerwoną taśmą. Wejście i podglądanie tym samym surowo wzbronione.

Enternmark
Entenmark (23:14)

Z kartonowego archiwum 55 (A mury prują...)


03 czerwca 2011
A mury prują, prują, prują....

  

A gdzie? W kościele św. Macieja, o którym tak niezwykle często możemy czytać we wrocławskiej prasie. Kontener na gruz postawiony przed wejściem i odgłos pneumatycznego młota dochodzący z wnętrza zaniepokoił mnie (3.06.). Czyżby w tym wypieszczonym kościele używany był sprzęt ciężkiego kalibru? W zabytku, którego opiekun, ksiądz Maliński, jest dosyć często obecny na łamach prasy, gdzie informuje o kolejnych przedsięwzięciach mających na celu przywrócenie dawnego blasku małej świątyni, i który przecież jest w stałym kontakcie ze służbą konserwatorską miasta Wrocławia?
Niestety! Wchodzę do wnętrza, mijam kartkę z napisem, że do 1 października kościół nieczynny z powodu remontu (cóż to będzie za remont!) i co widzę? Ławki, ołtarze, na nowo złożona późnorenesansowa ambona i inne drobiazgi okryte folią. Na posadzce gdzieniegdzie leży falista tektura, która ma ją ochronić, podobnie jak barokowe drzwi. Ale jakiś pan w tym kurzu najspokojniej skleja dalej elementy ambony, a drzwi do pomieszczenia pod wieżą, w którym ściany zdobią odkryte przed paru laty polichromie gotyckie, otwarte na oścież. 
Czyżby tam kurz jakimś sposobem nie docierał? Prace wykonywane młotem pneumatycznym trwały właśnie w północnym ramieniu transeptu. Usuwano dolne partie tynku ze ścian do wysokości około 1,5 metra, a potem pewnie wyżej, czyli podobnie, jak wcześniej zrobiono to w prezbiterium i nawie. I widziałem teraz na własne oczy, jak najpierw odbijano tynk młotem pneumatycznym z mniejszą końcówką, a potem ceglane lico gotyckiej ściany z pasją i zapałem budowlaniec (a może rozwalaniec) zbijał na głębokość, jak sądzę, około 3-4 cm dłutem większego kalibru. 
Pruł ile wlezie. Powierzchnia ściany wygląda po takim zabiegu jakby zbronowana. Zastanawiam się, po co i jaki będzie krok następny? Zastanawiam się, czy lico gotyckiej ściany nie podlega ochronie konserwatorskiej (a wydaje mi się, że podlega)? Owszem gotyckie cegły nosiły ślady wcześniejszych zabiegów, polegających na pokryciu ich jakąś warstwą izolacyjną, może smołowatą. Nie były jednak zniszczone. I co? Jak mury podeschną (?), to pokryje się je warstwą zaprawy grubości około 6 cm? Nie pierwszy to przykład takiego traktowania ścian gotyckich we Wrocławiu. Ładnych parę lat temu podobny zabieg wykonano w kościele NP Marii na Piasku. Tam zaczęto go przy nieokrytych niczym ołtarzach gotyckich, które dopiero po interwencjach osób postronnych ofoliowano z grubsza. Ale ściana? Ściana się nie liczy. To, że niejednokrotnie są to niezwykle starannie opracowane lica, z pięknie wyciągniętymi fugami, że pod tynkami nowszymi mogą być polichromie - to nie ma większego znaczenia. Się przykryje.
W kościele św. Macieja innego typu prace przy odkuwaniu tynków trwają w prezbiterium. Są tam jakieś ślady drobnych odkrywek sprawdzających, czy nie ma malowideł. Zbyt drobne moim zdaniem, stanowczo ich za mało. A robotnik skuwał tynk z wielkich połaci nie zaszczyconych sondą konserwatora.
  
Ten kościół ma jeszcze w znacznym stopniu oryginalną barokową posadzkę z wapiennych płyt szarych i brązowych sprowadzanych z Gotlandii. Dokładnie taki sam kamień można nadal stamtąd sprowadzić. Ale czy będzie o tym pamiętał ksiądz Maliński lub czy pomyśli o tym nasz kiepski nadzór konserwatorski, jeśli zamierzą posadzkę "naprawić" bądź "poprawić"?
Na ścianach w nawie pojawiły się jakieś tajemnicze oznaczenia. Czemu mają służyć? Co tam się zamierza jeszcze? Straszno, straszno... a mury prują.

Entenmark (Wasz informator)

Entenmark (20:40)

Z kartonowego archiwum 54 (Get altarysta...)


02 czerwca 2011
Jaś, Domek Miedziorytnika. To nazwy umowne dla domu altarystów, opiekunów ołtarzy w kościele św. Elżbiety. Pierwsza miała oswajać po wojnie i zastępować niezrozumiałą "Altaristenhaus". Druga, od 1995 roku, zaczęła pierwszej towarzyszyć, nie wypierając jej. Kiedy Get Stankiewicz uzyskał od władz miasta "Jasia" za symboliczną złotówkę (na 20 lat! nawet ich nie zdążył wykorzystać) wcale nie wszyscy przyjęli to z zadowoleniem. W tzw. środowisku i w kręgach zbliżonych byli też zazdrośnicy i zawistnicy.
Dziś Geta już nie ma w Domku. Jak to Get jednak, zdążył sprawy uporządkować i załatwić zanim odszedł. I dobrze się stało. Jakiż los spotkałby Domek Miedziorytnika, gdyby zapobiegliwie nie uzgodnił sprawy z prezydentem? Nie było na horyzoncie lepszej alternatywy. Któż by się zresztą za nią rozglądał, kiedy tak szybko zniknął jego mieszkaniec i twórca. Że zbudował sobie pomnik? Robił to konsekwentnie. Nie jest to najgorszy pomnik we Wrocławiu.

  

Teraz już wiadomo, że Domek ma istnieć; że nie będzie to, a zarazem w jakiś sposób będzie, muzeum Geta. Wielu artystów zbudowało sobie pomniki-muzea za życia lub zadbało o to, by je im wzniesiono po śmierci. Nie ma obawy, jak sądzę, że lawinowo pojawią się u nas roszczenia kolejnych twórców do takiego uhonorowania. 
I dobrze, że powołana jest rada powiernicza, w której jest córka i brat, i artystka, i krytyk sztuki również. Wszyscy z Getem blisko związani. To powinno zapewnić, dopóki w takim składzie będzie ona funkcjonować, istnienie Domku-instytucji w duchu, w jakim Get sobie zamierzył. Można mieć też pewność, że jego forma nie zostanie zepsuta, a duch pozostanie, na ile to możliwe po odejściu duszy.

Entenmark
Entenmark (23:59)

Z kartonowego archiwum 53 (Nocka Wrocka)


15 maja 2011
Noc muzeów 2011 za nami. Są już komentarze w gazetach - było wspaniale i jeszcze więcej tysięcy widzów, łaknących kontaktu ze sztuką i kulturą. Są już komentarze internautów - było ciekawie; byłam pierwszy raz i już nie pójdę; w Pałacu pełno ludzi, bo głosują nogami i gdy za darmo to idą, a na co dzień pustki; nie ma co oglądać w stadzie, bo się nie da; nie da się oglądać, bo nie można otworzyć oczu, gdy odór upitych piwem przeszkadza; idą tacy, co chcą się sfotografować na tle i pochwalić się na facebooku; chodzą i macają, nawet, jak jest napisane, żeby nie dotykać.

  

I wszystkim tym opiniom można przyznać słuszność. Jest świetnie, że mamy i u nas, w Polsce muzealne noce, takie na naszą miarę. Praca nad kulturą społeczeństwa to zadanie na lata, jeśli nie na pokolenia, ale nie należy się zniechęcać. Na pewno można wiele usprawnić, bo przecież nie musi być tak, że pracownicy muzeów liczą straty po nocy. Siadanie na romańskim lwie w muzeum miejskim w "Pałacu", żeby się sfotografować, albo dotykanie, mimo że ewidentnie nie były to osoby niewidome, średniowiecznych rzeźb drewnianych w Muzeum Narodowym, to zdecydowanie nawiązywanie zbyt bliskiego kontaktu ze sztuką. Takich ludzi trzeba kierować do sztuki najnowszej i jej sekcji interaktywnych, ewentualnie na plenerowy "festiwal wysokich temperatur", żeby się nauczyli łapy trzymać przy sobie.

  

Wydaje mi się, że w tym roku bardziej aktywni niż w latach poprzednich byli straganowi sprzedawcy kiełbasek, piwa, gofrów itp. Przy Muzeum Narodowym, ASP i w rynku panowała atmosfera piknikowa. Przy ASP "głowa" Dunikowskiego patronowała żywszym rytmom.

  
 
Ale przecież ten czas to niesłychane nagromadzenie wydarzeń kulturalnych we Wrocławiu. Z części można było skorzystać w trakcie nocy: wystawy w BWA, w Centrum sztuki Impart, we WRO itd. Z innych nie dało się jednocześnie z tą nocą, bo albo-albo: otwierał się festiwal Musica Electronica koncertem Elżbiety Chojnackiej na klawesyn i "taśmy" z odgłosami naturalnymi i jednocześnie pierwszy koncert Maja z Muzyką Dawną. To jednak zdecydowanie bardziej elitarne rozrywki.

  

W Centrum Sztuki Impart na ul. Mazowieckiej tradycyjna sztuka najnowsza, tzn. nie elektroniczna. Pokonkursowa wystawa studentów-absolwentów (?) ASP Wrocław. Prace różne, często odbijające silne wpływy nauczycieli. Normalne. Ale sposób ekspozycji, poczynając od wejścia do sali (powyżej), przez sposób powieszenia na ścianach, po wypełniające przestrzeń dodatki w postaci kanap, przybrudzonych dywanów i lamp z Almi-Decorowego demobilu oraz stanowisko strażnika - to wszystko obrazowało raczej małe poważanie dla całej imprezy, a obrazom i obiektom przestrzennym bynajmniej nie służyło.

  

Tamże incydentalny pokaz słynnej i zarazem osławionej (nie najlepszymi czasem w guście dowcipasami oraz bezpardonowymi atakami na konkurencję) grupy The Krasnals, która zarzuca także nasze skrzynki mailowe swą nachalną reklamą. Pomysł, by cykl foto-przemalowanych-obrazków z nagą, pomalowaną na barwy narodowe panią, zmagającą się z bryłą "meteorytu", który przygniatał postać "naszego papieża" wyeksponować w kompletnej ciemności, w której do oglądania służyły tylko małe ledowe latarki, był niezły. Jeszcze bardziej przypadło mi do gustu wyeksponowanie bardziej "poważnego" obrazu - poczwórnego portretu Andy Rottenberg (szefowała Zachęcie, gdy miało miejsce słynne najście posłów prawicowych i odwalenie "meteorytu" z papieża, rzeźby Maurizia Cattelaniego - w wejściu do saloniku VIP, z całą jego otoczką.

  

W BWA dwie bardzo interesujące wystawy, ale zwłaszcza kończący się już pokaz prac Wojciecha Gilewicza. Jego film pokazywany w dawnej kaplicy - zapis ingerencji w otoczeniu, swego rodzaju malarstwa naturalnego - to rzecz inspirująca i odświeżająca. Także pokaz "obrazów-replik" na piętrze. Rzecz robiona z przekonaniem przekonuje widza o wiele łatwiej. Ale to nie tylko to, oczywiście. Fotografowanie nie miało za bardzo sensu :-).
Natomiast tegoroczna edycja WRO ART-u chyba słabsza (?). W siedzibie głównej może instalacja ze sfilmowanym Glenem Gouldem pieszczącym nabożnie instrument, który w tle jest rozwalany, mogła wywrzeć wrażenie na tych, którzy coś wiedzą o Gouldzie. Do nagrodzonej pracy "Mirrorbox" eksponowanej w Narodowym kolejka była za długa, a efekt przewidywalny. Tańczące patyki poruszane via kosmos i boję przez ruch morza u amerykańskiego wybrzeża? Przerost technologii. Wolę mobile Caldera.
Można było wpaść do galerii Arttrakt przy niezmiennej ul. Ofiar Oświęcimskich, która zasłynęła z akcji zamknięcia widzów na wernisażu przez artystkę, gdzie wisi zaskakujący cykl nowych, acz znanych jakby obrazów Kiejstuta Bereźnickiego.
Najbardziej intrygującą zagadką były jednak, chyba niezwiązane z akcją nocy muzeów, ślady po zmieniających się ingerencjach na wiecznym płocie wokół wzgórza Polskiego, zrujnowanego bastionu przy ASP i naprzeciw Panoramy.
To:
  

Entenmark


Entenmark (14:18)

Z kartonowego archiwum 52 (Ostrzeżenie przed zarazą)


28 kwietnia 2011
Nadchodzi długi weekend majowy. Należy wyruszyć z miasta, uciec z niego. Nie tylko z powodu zgiełku, brudu, przemęczenia. Trzeba nacieszyć oczy świeżą zielenią i widokiem kwitnących drzew, posłuchać śpiewu ptaków na wiosnę.
Tym razem jednak powód do ucieczki z miasta, z Wrocławia, jest jeszcze jeden i to poważny. Zaraza.

  

Ognisko nieznanej choroby, być może śmiertelnej, znajduje się w kościele braci dominikanów, dokładnie w kaplicy po prawej stronie, w której spoczywa na wieczne czasy patron miasta, błogosławiony Czesław.

  

Ciało pokrywa się bąblami, skóra puchnie i pęka, a następnie odpada płatami.

  

Straszne symptomy tej nieznanej choroby wystąpiły na razie tylko u przybyszy z Czarnego Lądu. Ale czy to stamtąd trafiła ta zaraza, przed którą nie chroni nawet święte miejsce? Biednym wiatr w oczy. Nie dość, że ściągnięto ich z daleka, wybielono, nadano na ramiona wieczny ciężar, to jeszcze ze wszystkich postaci w kaplicy ich zaraza zaatakowała jako pierwszych.
W czasach Boccaccia kto mógł uciekał z Florencji na wieś, gdy nadeszła czarna śmierć (1348). Tam zabijano (sic!) czas opowiadając sobie nawzajem wcale nie umoralniające historie. Wyjedźmy! Choćby na majowy weekend.

Entenmark (zaraźliwie rozmajony)
Entenmark (00:37)

Z kartonowego archiwum 51 (Rodzina: kiczowate)


18 kwietnia 2011
Wiosna w pełni. Świat rozkwita. Poszedłem do ogrodu botanicznego. Dobrze jest mieć ogród botaniczny w mieście, w którym się mieszka. Chętnie odwiedzam ogrody botaniczne w innych miastach europejskich. Nasz ogród wrocławski, uniwersytecki ogród botaniczny ma swoje zalety i wady. Jest niezbyt duży, ale za to ma dosyć dawną tradycję, sięgającą w głąb XIX stulecia. Jego usytuowanie na obszarze na północ od dawnej wyspy katedralnej, na zasypanej odnodze odrzańskiej, pozwoliło na wykorzystanie jej fragmentów przy zakładaniu niecki wodnej. Graniczy zatem ogród od południa ze spokojnymi i cichymi rejonami seminarium  duchownego, katedry i kolegiaty Krzyża Świętego, które stąd pięknie i inaczej się prezentują. Jedynie widok elewacji domu im. Jana Pawła II psuje harmonię, a zwłaszcza ten jego narożnik, który ozdobiono kopią antycznej rzeźby, ustawionej tyłem do ulicy, przodem do konsumentów w restauracji wewnątrz.
 
Z dwóch pozostałych stron, od północy i wschodu, wdziera się niestety do ogrodu hałas z ruchliwych ulic. 
Bogactwa i różnorodności zebranych w ogrodzie gatunków roślin nie potrafię należycie ocenić. Jest ich dla oczu wystarczająco dużo i z satysfakcją ogląda się je wszystkie. Teraz np. kwitną różnorakie magnolie i nawet pachnie jedna z nich! Od zawsze jednak bardzo mnie w ogrodach botanicznych pociągały szklarnie i tzw. palmiarnie. Nie ma tych budynków wiele we wrocławskim ogrodzie, a te, które jeszcze są czynne nie przedstawiają się najlepiej. Co gorzej, od lat zamknięte są przynajmniej dwa, najwyższy (palmiarnia właśnie) i najniższy, w którym niegdyś można było oglądać leżące na wodzie potężne liście wiktorii królewskiej. Smutny to obecnie widok. 
  
Przez szyby palmiarni widać tylko wysuszone resztki roślin, a w drugim pawilonie straszą puste baseny. 
  
Na ścianie wisi tabliczka z zagadkowym napisem, informującym, iż ani remont, ani rozbiórka nie leży w gestii ogrodu botanicznego.
Można jednak podziwiać rozkwitające rośliny na zewnątrz. I tu jednak przybywa z każdym rokiem dodatków, które mają zapewne wzbogacić wrażenia, ale mnie dostarczają raczej negatywnych doznań estetycznych. Tak więc napawam się formami i kolorami świata roślin, by potem ranić oczy i zmysły o kształty w człowieczym umyśle powstałe, ludzką ręką wykonane i dyrektorską decyzją tam rozmieszczone. Z zaskoczenia atakują zza krzewu, żywopłotu lub z dalekiej perspektywy. Po pierwsze ich różnorodność. Nie wystarczyły drewniane (ławki, obudowy koszy na śmieci, formy "rzeźbiarskie", jak np. orzech włoski wielkości dyni rekordzistki), nie zatrzymano się na użytych rzeczach "znalezionych" (kamionkowe kadzie-zbiorniki na zlewki kuchenne, leżące wśród drzew jak antyczne amfory, czy ceramiczne figury z obtłuczonymi głowami i rękami, obrośnięte bluszczem pospolitym). W paru miejscach ustawiono kompozycje z nierdzewnego drutu, błyszczącego z daleka jak szkło, nazywane tu rzeźbami, które mają chyba konkurować z naturą. Przy nowych ławkach ustawiono kosze na śmieci, których kute i gięte oprawy mają - a jakże! - naśladować roślinne formy. 
  
Ich autor za bardzo przejął się jednak ideą secesji, której oszczędne jednak formy w ogrodzeniu można było powitać z uznaniem, gdy tu te wdzięczące się ku nam kosze są wykwitem kiczu i pleśnią brzydoty. Wreszcie w wielu miejscach ogrodu ustawiono kamienne, granitowe, jak przeważnie u nas, stoły z ławkami. Zastosowanie jednego wzoru "stylowego" wydawało się chyba zbyt ascetyczne, więc jest ich kilka. 
  
Są takie o brzegach obłamywanych, niby ukruszonych zębem czasu i siłą natury, a są i inne, z wyoblonymi krawędziami, jakby w otoczakach. Oj, nie natrudziła się przy tym myśl kamieniarza. Dla wybrednych są jeszcze ławki i stoliki z bejcowanego na ciemno drewna i z żeliwnymi nogami.
Jak się wrzuci sześć grzybów do barszczu, to wychodzi dziki barszcz (Heracleum Sosnowskyi), a ten, jak wiadomo jest strasznym chwastem, okrutnie parzy i zwalczyć go trudno.

Entenmark

Entenmark (00:56)

Z kartonowego archiwum 50 (Gdzie krasnal pogrzebany)


04 kwietnia 2011

W ostatnich dniach rozgorzała na nowo wrocławska dyskusja o krasnoludkach, a to za sprawą kolejnego wystąpienia Majora, Waldiego Fydrycha, który po opatentowaniu, zastrzeżeniu wzoru itp., itd., zagroził miastu procesami o prawo do używania krasnoludków. Odezwali się koledzy kombatanci Majora, którzy poczuwają się do co najmniej współojcostwa krasnali lub do alimentów, jak w przypadku Czarnej Wdowy Rewolucji (czyt. też po Majorze?), do bycia którą przyznała się red. Agata Saraczyńska.
Czy Majorowi idzie o sławę, kobietę (wdowę?), czy o pieniądze? Nie chce mi się w to wnikać, bo i po co?
Ostatni, jak dotąd, głos w prasowej debacie o Zwergach zabrał niewątpliwy ich znawca - tak z powodu bycia wrocławianinem, jak przede wszystkim z racji swego pochodzenia - profesor Klaus Bachmann. I niewątpliwie ma on najwięcej racji. Musimy Majora przeprosić (tego on się też domaga), ale nie za bezprawne wykorzystanie wizerunku krasnala do promowania miasta, lecz za jego sponiewieranie, sprowadzenie do roli popkulturowego, zohydzonego, kiczowatego gadżetu.

  
Jedną z najlepszych kwintesencji tego zjawiska są te dwa potwory, duży i mały, jako reklama pewnego domu handlowego, zwanego pasażem.
Ma rację Bachmann - krasnale Majora były zupełnie inne. Tak pod względem idei, jak i formy. I tu pokazuje się słabość Majora. Jak on, jako "ukończony" przecież historyk sztuki, może pomijać tak drastyczne różnice formy i treści między tymi niezależnymi, niesprzedajnymi, sympatycznymi, szybką linią rysowanymi na murach krasnalami z kwiatem, których mieni się być twórcą i ojcem, a tymi ohydkami, potomstwem komercji i populizmu? Bronisz majorze idei krasnala, a nie widzisz, że owe potworki (włączając te klisze w miejskich reklamach) nie mają z nią nic wspólnego.
Tak na marginesie, ciekaw jestem, jak traktujesz takie ewidentne podszywanie się pod Ciebie, jak poniżej?
  

Porzuć zatem procesy i groźby oraz dąsy. Stań na wysokości swej idei. Ona jest wiecznie żywa i nic oraz nikt nie będzie jej w stanie sprzeniewierzyć. A jedynym dobrym w mieście przykładem tego, jak przewrotnie można sobie z ideą i zwergami postępować jest Erwin.
Erwin to krasnal, prawdziwy Gartenzwerg znad naszej zachodniej granicy, który zdobi od 6 już lat dziedziniec Twojego, Majorze, macierzystego instytutu i podlega tu procesowi ciągłych przemian.
  

Zajrzyj tu, przysiądź i zadumaj się. Może zaśniesz na moment i wtedy Erwin szepnie Ci do ucha, co masz czynić.

Entenmark


\
Entenmark (01:02)