Już myślałem, że nie powrócę do tematu wystawy malarstwa rodziny Brueghlów (posty z 25 września i 1 października 2013), która odbyła europejskie tournee, ale jakiś mój Czytelnik (Czytelniczka?) wystosował w komentarzu pytanie. To z kolei zbiegło się z informacją z rynku handlu sztuką.
Cytuję: "Wzmożone zainteresowanie pracami Pietera Brueghela Młodszego skutkuje wzrostem cen w obrębie twórczości artysty. Sotheby’s zaplanowało aż trzy aukcje obrazów tego autora na lato 2014. (...)
Nazwisko autora jest jednym z najpopularniejszych w obrocie dziełami Starych Mistrzów. Analizując tegoroczne transakcje można wyróżnić dwie sprzedaże. Pierwsza zawarta w styczniu to zbycie letniego pejzażu zatytułowanego „Summer” za kwotę 3 mln funtów, kolejna to „The Peasant Lawyer” kupiony za 2,75 mln funtów w Maastricht." Por.: http://rynekisztuka.pl/2014/04/10/rosnie-zainteresowanie-pracami-pietera-brueghela-mlodszego/ . Ten ostatni obraz, acz pełen szczegółów, to nieprzekonujący.
Wiadomości o nadzwyczajnym zainteresowaniu obrazami Piotra Młodszego podano oczywiście za mediami obcymi, por.:
http://www.telegraph.co.uk/luxury/art/30085/art-sales-it’s-the-year-of-the-brueghel.html
http://artdaily.com/index_iphone.asp?int_sec=2&int_new=69301
Obrazy, które akurat sprzedano, m.in. do USA i Rosji, określono jako pochodzące z kolekcji belgijskiego magnata przemysłu stalowego, barona Evence'a Coppée (zm. 1945). Jeśli rozkręci się modę na Brueghla Młodszego, to na aukcje mogą trafić różne inne "Brueghle". Tym łatwiej, jeśli można je będzie wskazać w jakimś katalogu wystawy?
Entenmark
czwartek, 17 kwietnia 2014
wtorek, 1 kwietnia 2014
Wstrzymać Słońce, ruszyć głową
Winien jestem moim Czytelniczkom i Czytelnikom krótką informację, dotyczącą sprawy opisanego w dwóch postach z grudnia i stycznia projektu upiększenia placu przy kościele Świętego Krzyża przy pomocy tzw. mozaiki z motywem układu heliocentrycznego. Przeciw temu pomysłowi gremialnie wystąpił Instytut Historii Sztuki Uniwersytetu Wrocławskiego, wysyłając pismo prezentujące jego stanowisko do Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków. Sprawa trafiła też na posiedzenie Rady Konserwatorskiej przy Wojewódzkim Konserwatorze Zabytków. Opinia obu tych podmiotów była także jednoznacznie negatywna i zostali o tym stanowisku poinformowani zarówno Miejski Konserwator Zabytków, jak i Urząd Miasta.
Miejmy nadzieję, że to zgodne stanowisko jak najbardziej kompetentnych grup wystarczy do przekonania nieznanych bliżej inicjatorów-pomysłodawców tej dekoracji do rezygnacji z planów takiego nieprzemyślanego jej umieszczenia.
Entenmark
Miejmy nadzieję, że to zgodne stanowisko jak najbardziej kompetentnych grup wystarczy do przekonania nieznanych bliżej inicjatorów-pomysłodawców tej dekoracji do rezygnacji z planów takiego nieprzemyślanego jej umieszczenia.
Entenmark
piątek, 24 stycznia 2014
Minciela "Drzwi do malarstwa"
Niektóre dzieła sztuki można smakować. Za każdym razem, gdy
podchodzę do płócien Eugeniusza Minciela, gdy wiem, że mam je zobaczyć,
towarzyszy mi odczucie jak przed ucztą. Wiem, że dostarczą wrażeń jak świetnie
skomponowane danie – wyważone między poczuciem nasycenia, jakie daje treść
główna, i rozkoszą dostarczaną przez umiejętnie z nią scalone, urozmaicające
przyprawy. Można nimi karmić oczy i mieć z tego niemal fizyczną przyjemność.
Nie każde malarstwo na to pozwala.
Jeśli ma się okazję widzieć Minciela w akcji malarskiej, to można
zobaczyć w niej artystę wypracowanego gestu i szybkich decyzji. Potrafi wtedy
stopić się z aktem malarskim w momencie jego zaistnienia. Staje się medium,
które przynosi nam jakieś pierwotne
współodczuwanie formy malarskiej, znaku i gestu. Gdyby mu dać możliwość
pokrycia barwami chropawych ścian wielkiej groty czy jaskini, uczyniłby to
zapewne bez wahania i stworzyłby magiczne, wieloznaczne, tajemne labirynty
podświadomych znaczeń, przeczuwanych emocji, obiecanych i upragnionych, czasem
spełnionych. Jest malarzem o szamańskiej ekspresji, którą konkretyzuje w
abstrakcji, migotliwej grze linii, unoszących się na powierzchni mocno i pewnie
zestawianych kolorów i kształtów, wnikających w nie lub spod nich przezierających.
Minciel, malarz pierwotny, rozrzuca hojnym gestem czytelne ślady i słabsze
tropy, tworzy we własnym, ezoterycznym alfabecie hieroglify sensu. Odczucie, że
na moment odkrywa wewnętrzne pejzaże, które jesteśmy w stanie zrozumieć, zjawia
się nieodparte, ale jest mylne. Esencji sztuki i magii nie pojmuje się rozumem,
lecz trzewiami. A sztuka i magia idą przed nim i za nim.
Eugeniusza znam od trzydziestu lat z kawałkiem. Czy to coś zmienia? Nic
w moim przekonaniu o tym, że to artysta dysponujący niezwykłym wyczuciem formy
malarskiej oraz okiem i ręką, które bez problemu pozwalają mu to wyczucie
przełożyć na sztukę.Eugeniusz otwiera 27 stycznia swoją wystawę "Drzwi do malarstwa" w Muzeum Narodowym we Wrocławiu.
Entenmark
środa, 8 stycznia 2014
Stanowcze NIE! dla układu heliocentrycznego na najpiękniejszym (ciągle jeszcze) placu Wrocławia
Żarty na bok. Z pomysłem opisanym w poprzednim poście - umieszczenia "mozaiki z granitu" na placu przed kolegiatą Krzyża Świętego we Wrocławiu - sprawa wygląda następująco:
- pomysł ma swoje źródło w Urzędzie Miasta
- obecnie trwają prace mające na celu zgromadzenie dokumentacji, służącej do projektu i uzyskania zgód
- istnieje projekt wstępny (?), opisany i zreprodukowany w poprzednim poście
- dekoracja ma mieć kształt koła o średnicy 4 metrów
- jak pokazuje plan lokalizacji, "mozaika" miałaby się znajdować w bruku na wysokości pd.-zachodniego narożnika kościoła, pomiędzy nim a pomnikiem św. Jana Nepomucena i barokowym budynkiem dawnego sierocińca biskupiego
- jak widać z planu lokalizacji, wybór miejsca podyktowany jest jednym tylko względem: ma być na placu przed kolegiatą, a tam tylko to jedno miejsce nie kryje pod spodem sieci wodnych/kanalizacyjnych itp.
- sprawa nie trafiła jeszcze do biura Miejskiego Konserwatora Zabytków ani do Koordynatora Plastycznego Wystroju Miasta (zw. plastykiem miejskim) w Urzędzie Miasta.
Prace jednak trwają, dokumentacja jest gromadzona. Projekt zainicjowany przez Urząd Miejski (analogicznie zatem do "ścieżki historycznej" na pl. Nankiera, której pomysłodawcą miał być wiceprezydent Adam Grehl) siłą rzeczy będzie rozpatrywany i oceniany przez oba miejskie organy kontroli i nadzoru (sic!).
Uważam, że realizacja tego projektu na obszarze placu przed kolegiatą św. Krzyża bezpowrotnie zniszczy charakter tej przestrzeni. Letni ogródek Cafe Chic gracący bezgustnie plac to przy tym pryszcz, bo znika na zimę, a ten wykwit będzie tam świecił cały rok.
Jest jeszcze kwestia Kopernika. Może by inicjatorzy pomysłu popytali najpierw historyków o charakter w jakim nasz astronom występował w kapitule kolegiackiej? Może nie snuć fantazji i nie puszczać w obieg legend o jego domniemanym zaangażowaniu w nieudane tworzenie uniwersytetu we Wrocławiu. Tylko czekać, a pojawi się inicjatywa honorowego obywatelstwa. Za to, że Nicolaus Copernicus pobierał stąd przez lat 35 "pensję" kanonika-prałata, nie biorąc przecież żadnego udziału w życiu i pracach kapituły, może wystarczy mu już tablica na kościele, inskrypcja w jego wnętrzu i okazały pomnik w centrum miasta. A propos tego ostatniego: o wiele lepiej zostałyby wykorzystane środki, które chce się wydać na upamiętniający Kopernika układ heliocentryczny w sercu Ostrowa Tumskiego, gdyby te pieniądze przeznaczyć na remont (nie tak spektakularny) rozpadającej się od lat nawierzchni placu przy ul. Piotra Skargi, na którym stoi niezły pomnik astronoma zaprojektowany przez prof. Leona Podsiadłego w 500-lecie urodzin w 1973 roku. Układ heliocentryczny jest tam również.
Entenmark
- pomysł ma swoje źródło w Urzędzie Miasta
- obecnie trwają prace mające na celu zgromadzenie dokumentacji, służącej do projektu i uzyskania zgód
- istnieje projekt wstępny (?), opisany i zreprodukowany w poprzednim poście
- dekoracja ma mieć kształt koła o średnicy 4 metrów
- jak pokazuje plan lokalizacji, "mozaika" miałaby się znajdować w bruku na wysokości pd.-zachodniego narożnika kościoła, pomiędzy nim a pomnikiem św. Jana Nepomucena i barokowym budynkiem dawnego sierocińca biskupiego
- jak widać z planu lokalizacji, wybór miejsca podyktowany jest jednym tylko względem: ma być na placu przed kolegiatą, a tam tylko to jedno miejsce nie kryje pod spodem sieci wodnych/kanalizacyjnych itp.
- sprawa nie trafiła jeszcze do biura Miejskiego Konserwatora Zabytków ani do Koordynatora Plastycznego Wystroju Miasta (zw. plastykiem miejskim) w Urzędzie Miasta.
Prace jednak trwają, dokumentacja jest gromadzona. Projekt zainicjowany przez Urząd Miejski (analogicznie zatem do "ścieżki historycznej" na pl. Nankiera, której pomysłodawcą miał być wiceprezydent Adam Grehl) siłą rzeczy będzie rozpatrywany i oceniany przez oba miejskie organy kontroli i nadzoru (sic!).
Uważam, że realizacja tego projektu na obszarze placu przed kolegiatą św. Krzyża bezpowrotnie zniszczy charakter tej przestrzeni. Letni ogródek Cafe Chic gracący bezgustnie plac to przy tym pryszcz, bo znika na zimę, a ten wykwit będzie tam świecił cały rok.
Jest jeszcze kwestia Kopernika. Może by inicjatorzy pomysłu popytali najpierw historyków o charakter w jakim nasz astronom występował w kapitule kolegiackiej? Może nie snuć fantazji i nie puszczać w obieg legend o jego domniemanym zaangażowaniu w nieudane tworzenie uniwersytetu we Wrocławiu. Tylko czekać, a pojawi się inicjatywa honorowego obywatelstwa. Za to, że Nicolaus Copernicus pobierał stąd przez lat 35 "pensję" kanonika-prałata, nie biorąc przecież żadnego udziału w życiu i pracach kapituły, może wystarczy mu już tablica na kościele, inskrypcja w jego wnętrzu i okazały pomnik w centrum miasta. A propos tego ostatniego: o wiele lepiej zostałyby wykorzystane środki, które chce się wydać na upamiętniający Kopernika układ heliocentryczny w sercu Ostrowa Tumskiego, gdyby te pieniądze przeznaczyć na remont (nie tak spektakularny) rozpadającej się od lat nawierzchni placu przy ul. Piotra Skargi, na którym stoi niezły pomnik astronoma zaprojektowany przez prof. Leona Podsiadłego w 500-lecie urodzin w 1973 roku. Układ heliocentryczny jest tam również.
Entenmark
piątek, 27 grudnia 2013
Nie dla układu heliocentrycznego!
Pod podanymi niżej linkami znajdują się notatki prasowe o tym, że w połowie przyszłego roku powierzchnię placu przed kościołem Świętego Krzyża ozdobi mozaika upamiętniająca Mikołaja Kopernika.
"Do lata 2014 r. przed kościołem Świętego Krzyża na Ostrowie Tumskim ma powstać kamienna mozaika z wielobarwnych płyt granitowych w formie układu heliocentrycznego. Mozaika będzie też miała elementy płaskorzeźby i odlewy w brązie." Sprawę pilotuje Urząd Miejski.
"Wrocław będzie miał kolejną turystyczną atrakcję".
Cieszmy się! Taki chyba ma być wydźwięk tej informacji.
A ja mam pytania:
- skąd wyszła inicjatywa takiego upamiętnienia osoby astronoma?
- kto zdecydował o powstaniu w TAKIM miejscu tego typu "dekoracji"?
- jeśli do wyłonienia wykonawcy przewidywany jest tryb przetargowy, dlaczego nie ma konkursu/przetargu na projekt?
- czy jest opinia urzędu konsewatora zabytków odnośnie do umieszczenia w obszarze chronionym nowego elementu?
- jaka jest przewidywana dokładna lokalizacja, tj. z której strony "przed kościołem"?
- jaka ma być skala umieszczonej w bruku "dekoracji" (wychodzi mi, że ok. 3 m)?
Niezależnie od powyższych pytań, a nawet niezależnie od odpowiedzi na nie, zgłaszam moje stanowcze NIE tej inicjatywie! Jest wiele argumentów przeciw niej, ale nie będę tu i teraz ich wystrzeliwał.
Spróbujmy dowiedzieć się czegoś więcej.
Entenmark
Linki:
http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,35771,15192127,Kamienna_mozaika_przypomni_Kopernika_we_Wroclawiu.html#LokWrocTxt
http://www.wroclaw.pl/kopernik-we-wroclawiu
"Wrocław będzie miał kolejną turystyczną atrakcję".
Cieszmy się! Taki chyba ma być wydźwięk tej informacji.
A ja mam pytania:
- skąd wyszła inicjatywa takiego upamiętnienia osoby astronoma?
- kto zdecydował o powstaniu w TAKIM miejscu tego typu "dekoracji"?
- jeśli do wyłonienia wykonawcy przewidywany jest tryb przetargowy, dlaczego nie ma konkursu/przetargu na projekt?
- czy jest opinia urzędu konsewatora zabytków odnośnie do umieszczenia w obszarze chronionym nowego elementu?
- jaka jest przewidywana dokładna lokalizacja, tj. z której strony "przed kościołem"?
- jaka ma być skala umieszczonej w bruku "dekoracji" (wychodzi mi, że ok. 3 m)?
Niezależnie od powyższych pytań, a nawet niezależnie od odpowiedzi na nie, zgłaszam moje stanowcze NIE tej inicjatywie! Jest wiele argumentów przeciw niej, ale nie będę tu i teraz ich wystrzeliwał.
Spróbujmy dowiedzieć się czegoś więcej.
Entenmark
Linki:
http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,35771,15192127,Kamienna_mozaika_przypomni_Kopernika_we_Wroclawiu.html#LokWrocTxt
http://www.wroclaw.pl/kopernik-we-wroclawiu
wtorek, 1 października 2013
Wystawa Brueghlów we Wrocławiu - cena sukcesu
Wystawa obrazów malarskiej rodziny Brueghlów we Wrocławiu zakończyła się. Odbyło się coś w rodzaju konferencji prasowej z udziałem dyrektora Muzeum Miejskiego, dr. Macieja Łagiewskiego, i dyrektora Wydziału Kultury Urzędu Miejskiego Wrocławia, Jarosława Brody. Ogłoszono liczbę zwiedzających i liczbę sprzedanych katalogów wystawy. Zostały zapowiedziane kolejne spektakularne wystawy, które mają promować Wrocław przed nadchodzącym rokiem 2016, w którym miasto stanie się Europejską Stolicą Kultury.
Do zapowiadanej już "Tauromachii" z pracami takich malarzy jak Goya, Picasso i Dali, dorzucono wystawę Amadeo Modiglianiego i jego "polskich przyjaciół". I uwaga: "Ta ostatnia ekspozycja powstanie specjalnie dla Wrocławia, skąd pojedzie do innych krajów europejskich" - miał mówić dyrektor Broda [http://wiadomosci.onet.pl/wroclaw/75-tys-osob-obejrzalo-wystawe-dziel-rodzinny-brueghlow/vz1ep ].
Cieszyć się z tego, czy bać się? I najważniejsze ostrożne pytanie - kto powinien wykazać się pewną czujnością, żeby oszołomienie blaskiem sukcesu frekfencyjnego i medialnego nie przyniosło za jakiś czas chmur rzucających cień na cały program ESK 2016 oraz instytucje uczestniczące w tych przedsięwzięciach?
W poprzednim poście opisałem skomplikowaną i niejasną kwestię genezy i okoliczności towarzyszących wystawie Brueghlów. Za pojawieniem się tej wystawy we Wrocławiu stał jeszcze jeden pośrednik, o czym nie pisałem. Mianowicie praska galeria Vernon i jej kuratorka, pani Monika Burian Jourdan. Ponieważ galeria ta w roku 2010 prezentowała wystawę prac Modiglianiego, uprawnione jest przypuszczenie, że może być ona również zaangażowana w zapowiedzianą właśnie specjalną ekspozycję tego artysty we Wrocławiu.
Najlepszym komentarzem i ukazaniem tego, jak skomplikowane i niepewne pod wieloma względami mogą być takie przedsięwzięcia, jest oficjalne oświadczenie z początku tego roku, wydane w związku z problematycznymi wystawami przez czeski odpowiednik Stowarzyszenia Historyków Sztuki. Dla ułatwienia zamieszczam poniżej jego tłumaczenie, ale także linki do stron, na których zostało opublikowane.
Daje to do myślenia.
Oryginał pod tymi adresami:
http://www.dejinyumeni.cz/bulletin/UHS_1_2013.pdf
http://dejinyumeni.cz/kresbybacon.pdf
Entenmark
Do zapowiadanej już "Tauromachii" z pracami takich malarzy jak Goya, Picasso i Dali, dorzucono wystawę Amadeo Modiglianiego i jego "polskich przyjaciół". I uwaga: "Ta ostatnia ekspozycja powstanie specjalnie dla Wrocławia, skąd pojedzie do innych krajów europejskich" - miał mówić dyrektor Broda [http://wiadomosci.onet.pl/wroclaw/75-tys-osob-obejrzalo-wystawe-dziel-rodzinny-brueghlow/vz1ep ].
Cieszyć się z tego, czy bać się? I najważniejsze ostrożne pytanie - kto powinien wykazać się pewną czujnością, żeby oszołomienie blaskiem sukcesu frekfencyjnego i medialnego nie przyniosło za jakiś czas chmur rzucających cień na cały program ESK 2016 oraz instytucje uczestniczące w tych przedsięwzięciach?
W poprzednim poście opisałem skomplikowaną i niejasną kwestię genezy i okoliczności towarzyszących wystawie Brueghlów. Za pojawieniem się tej wystawy we Wrocławiu stał jeszcze jeden pośrednik, o czym nie pisałem. Mianowicie praska galeria Vernon i jej kuratorka, pani Monika Burian Jourdan. Ponieważ galeria ta w roku 2010 prezentowała wystawę prac Modiglianiego, uprawnione jest przypuszczenie, że może być ona również zaangażowana w zapowiedzianą właśnie specjalną ekspozycję tego artysty we Wrocławiu.
Najlepszym komentarzem i ukazaniem tego, jak skomplikowane i niepewne pod wieloma względami mogą być takie przedsięwzięcia, jest oficjalne oświadczenie z początku tego roku, wydane w związku z problematycznymi wystawami przez czeski odpowiednik Stowarzyszenia Historyków Sztuki. Dla ułatwienia zamieszczam poniżej jego tłumaczenie, ale także linki do stron, na których zostało opublikowane.
Daje to do myślenia.
"Otwarte stanowisko Stowarzyszenia Historyków Sztuki wobec
tekstów Josefa Záruby-Pfeffermanna w Mladej Froncie DNES oraz wobec problemu fałszerstw
dzieł sztuki i ich legitymizacji przez muzea sztuki.
Do Stowarzyszenia Historyków Sztuki
(cz. UHS = Uměleckohistorická společnost) zwrócił się pan Andreas Pieralii,
który w roku 2012 uczestniczył w organizacji wystawy rysunków Francisa Bacona w
praskiej galerii GATE (część Galerii Středočeského kraje
(GASK)). Pan Pieralli czuje się poszkodowany tekstami historyka sztuki Josefa
Záruby-Pfeffermanna, który podważył w nich autentyczność tych rysunków i żąda
od UHS ekspertyzy jako podstawy swojej skargi w Komisji Etyki Syndykatu Dziennikarzy
Republiki Czeskiej. Po dokładnym zbadaniu komitet UHS doszedł
do wniosku, że artykuły Josefa Záruby-Pfeffermanna, łączące w sobie
dziennikarstwo śledcze ze stanowiskiem historyka sztuki, nie wykazują żadnych
oczywistych wykroczeń przeciw etyce dziennikarskiej. UHS nie chce i nie może
być arbitrem w tym konkretnym sporze. Mimo to zdaje sobie sprawę z powagi
problematyki fałszerstw dzieł sztuki i ich prezentowania w muzeach, czego
dotyczy cały spór. W okresie kilku minionych lat miały bowiem miejsce podobne
przypadki związane z nazwiskami słynnych artystów, które wzbudziły poważne
podejrzenia i zaszkodziły reputacji muzeów sztuki i całej specjalności. Dlatego
UHS wykorzystuje ten bodziec, aby zająć otwarte stanowisko wobec całego
problemu.
Na wstępie podkreślić należy powszechnie
znany fakt: produkowanie i sprzedaż niezwykle profesjonalnie wykonanych
falsyfikatów wiąże się z międzynarodową przestępczością zorganizowaną. Oczywiście
grupy te usiłują w najróżniejszy sposób wzmocnić wrażenie autentyczności
podrobionych dzieł, m.in. także poprzez umieszczanie ich w fachowych
publikacjach oraz na wystawach w muzeach sztuki. Podejrzenie dotyczące
autentyczności wystawianych dzieł pojawiło się w roku 2011 przy okazji wystawy
rosyjskiej malarki awangardowej Natalii Gonczarowej w Alšověj jihočeskiej galerii (AJG) w Hlubokéj
nad Wełtawą. Według informacji dla mediów podanych przez AJG autentyczność eksponatów
gwarantowały nazwiska ekspertów Jeana Chauvelina, Denise Bazetoux i Anthony’ego
Partona. Jednocześnie zaledwie miesiąc przed otwarciem tejże wystawy Galeria
Tretiakowska w Moskwie zorganizowała konferencję prasową w obecności dyrektorki,
podczas której cała ta trójka została wyraźnie uznana za część międzynarodowej
zorganizowanej grupy przestępczej działającej w Szwajcarii i Francji. Impulsem
do zwołania konferencji prasowej były dwie obszerne monografie Natalii
Gonczarowej autorstwa Bazetoux i Partona, w których według rosyjskich ekspertów
aż siedemdziesiąt procent reprodukowanych dzieł stanowiły falsyfikaty. W
sprawie wystawy w Hlubokiej śledztwo przeprowadziła policja, która jednak nie
podjęła niezbędnych działań w celu uwierzytelnienia autentyczności dzieł, a w
szczególności nie zleciła specjalistycznej ekspertyzy technologicznej. Po
zakończeniu wystawy kolekcja wróciła za granicę, a cała sprawa przycichła.
Zupełnie inaczej zachowała się
policja włoska, kiedy w roku 2010 na wystawie w Palestrinie skonfiskowała dwadzieścia
dwa podejrzane obrazy Amadeo Modiglianiego. Dwuletnie śledztwo zakończyło się w
styczniu tego roku aresztowaniem
organizatora wystawy Christiana Parisota, dyrektora Modigliani Institut
Archives Légales Paris-Rome, i oskarżeniem go o fałszowanie prac Modiglianiego
oraz o spreparowanie wielu fałszywych certyfikatów potwierdzających
autentyczność. Przypadek ten dotyczy również środowiska czeskiego, ponieważ ta
sama organizacja brała udział w wystawie Modiglianiego w Obecnim Domu w Pradze
w roku 2010, gdzie już podczas trwania wystawy pojawiły się poważne wątpliwości
dotyczące autentyczności wielu dzieł. Zresztą świadomość tego mieli też sami
organizatorzy, o czym świadczy asekurancka i nieprofesjonalna nota w katalogu
wystawy: „Przygotowując wystawę Amadeo Modiglianiego oraz niniejszy katalog
Galeria Vernon opierała się na informacjach o pochodzeniu i autentyczności
dzieł prezentowanych w ramach wystawy i publikowanych w katalogu dostarczonych
przez stronę wypożyczającą”. Nawiasem mówiąc, za wystawą stały te same osoby,
co w przypadku wystawy Bacona: główną organizatorką była Monika Burian Jourdan
z Galerii Vernon, swój wkład miała także ówczesna dyrektor GASK Jana Šorfová,
autorka opublikowanego w katalogu wystawy artykułu „Modigliani i Kupka i
początki sztuki abstrakcyjnej”.
Również za granicą miał miejsce
szereg równie problematycznych wystaw. Ich autorzy bazują na tym, że
udowodnienie fałszerstwa jest niezwykle trudne, a poważnych podejrzeń nie można
definitywnie potwierdzić bez przeprowadzenia drogich i czasochłonnych badań technicznych
oraz analizy składu chemicznego farb. Innymi słowy chodzi o pracochłonne,
długotrwałe i niepewne działania, które przeprowadzić może jedynie policja.
Historycy sztuki, którzy spotykają się z takimi jawnymi oszustwami mają tylko
dwa wyjścia: albo zrezygnować i przyglądać się im w milczeniu, albo z wielkim
trudem szukać dowodów i dokumentów dotyczących dzieł głównie zagranicznych
autorów, w przypadku których dodatkowo muszą zmierzyć się z dopracowanymi w
każdym szczególe historiami mającymi legitymizować dzieła. Wystawiają się przy
tym na ryzyko spraw sądowych i oskarżeń o pomówienie. Przypadki takie
nagłośnione przez media szkodzą oczywiście publicznemu wizerunkowi muzeum jako fachowego
autorytetu i instytucji przedstawiającej autentyczne historyczne artefakty.
Opierając się na wyżej
przedstawionych argumentach uważamy, że w każdym przypadku pojawienia się
wątpliwości dotyczących pochodzenia czy oryginalności wypożyczonych dzieł
artystycznych, jedynym możliwym i właściwym działaniem muzeum jest odmówienie organizacji
wystawy i niewystawianie dzieł, ponieważ stuprocentowe potwierdzenie
autentyczności przekracza, zwłaszcza w przypadku mniejszych instytucji, ich
możliwości. W przeciwnym razie muzeum naraża się na podejrzenie legitymizowania
fałszerstw i w ten sposób nieświadomie bierze udział w poważnym przestępstwie.
Obawiamy się, że we wszystkich wyżej wymienionych przypadkach przekroczenie
owych etycznych granic naszej specjalności rzeczywiście miało miejsce.
Praga,
dnia 15.02.2013
w
imieniu UHS
Michaela
Ottová, przewodnicząca UHS"
Oryginał pod tymi adresami:
http://www.dejinyumeni.cz/bulletin/UHS_1_2013.pdf
http://dejinyumeni.cz/kresbybacon.pdf
Entenmark
środa, 25 września 2013
Pouczająca wystawa rodzinna B.
Wkrótce, bo 30 września, kończy się szeroko rozreklamowana wystawa o Brueglach, która pokazywana jest w salach Muzeum Miejskiego we Wrocławiu. Użyczyło ono gościny ekspozycji sprowadzonej do nas przez Galerię Miejską, instytucję odrębną od Muzeum, acz finansowaną z tej samej miejskiej kasy. Od niedawna dyrektoruje jej Mirosław Jasiński, niegdyś pierwszy wojewoda wrocławski nowego czasu (1991-92), następnie m.in. szef Instytutu Polskiego w Pradze. Nie wiem, czy sprowadzanie wystaw i prezentowanie ich w przestrzeniach innych niż własne będzie stałym, drugim nurtem działalności Galerii. Po ciekawej wystawie Jirziego Kolařa i Beatrice Bizot w Muzeum Architektury, która przyjechała z Pragi, zapowiadana jest na przyszły rok prezentacja malarzy hiszpańskich (Goya/Picasso). Teraz przez parę miesięcy mieliśmy możność oglądania wystawy objazdowej (Como, Tel Aviv, Wrocław, Paryż) przygotowanej przez Global Art Expositions Inc. (wg informacji na stronie Galerii Miejskiej [http://galeriamiejska.pl/aktualnosci/00083_irodzina-brueghlow-arcydziela-malarstwa-flamandzkiegoi]) i zakupionej przez nasze miasto oraz wpisanej w program imprez poprzedzających rok 2016, w którym Wrocław będzie ESK. Jaki jest koszt tej imprezy nie wiem, ale ubezpieczono dzieła na 57 milionów euro [http://www.polskieradio.pl/5/3/Artykul/893820,Arcydziela-flamandzkiego-malarstwa-we-Wroclawiu-]. Poszedłem obejrzeć.
Oczywiście rację ma Jarosław Mikołajewski, zachęcając w Gazecie Wyborczej do obejrzenia wystawy i pisząc, że niewiele takich do nas trafia. Faktem jest też jednak, że jest to wystawa specyficznego gatunku. Zorganizowana nie przez wielkie i uznane instytucje muzealne, lecz przez firmę specjalizującą się w koncypowaniu wystaw objazdowych i sprzedawaniu ich. Na takie ekspozycje rzadko trafiają dzieła pierwszej rangi, będące od dekad, jak nie od wieków w kolekcjach muzealnych. Chyba, że uda się skusić jakieś mniej zasobne w gotówkę muzea do długoterminowego wypożyczenia galeryjnych eksponatów i puszczenia w podróż po Europie, jak to miało miejsce w przypadku pewnej wystawy środkowoeuropejskiej sztuki średniowiecznej sprzed paru lat. Stąd też, jak sądzę, idea wystawy "Rodzina Breuglów" (czy, jak nazywało się to gdzie indziej "Wszyscy jego synowie"), na której pokazuje się nie tego najważniejszego z dynastii malarzy, lecz jego potomków bliższych i dalszych, korzystających z blasku protoplasty. Ich obrazy są liczniejsze i nie aż tak cenne, można ich znaleźć więcej rozrzuconych po różnych prywatnych zbiorach.
Ten pomysł jak i sama wystawa ma dwie strony. Pod względem marketingowym ekspozycja przeznaczona jest dla różnych odbiorców. Tzw. szeroka publiczność przychodzi zwabiona/zachęcona hasłem wywoławczym "Bruegel", nie sprawdzając może wcześniej, co kryje się w istocie za nim na wystawie. Zresztą, urocze przydomki mniejszych Brueglów - Chłopski, Aksamitny, Kwiatowy - robią też swoje. Sceptycy albo mówiąc inaczej - ci, którzy wiedzą, że muzea w Wiedniu, Pradze, Antwerpii, Brukseli czy Berlinie nie puszczą na taki tour swoich Brueglów - przychodzą na tego rodzaju wystawę z innych powodów. Powiedzmy, że takiego nagromadzenia w jednym miejscu obrazów tych pomniejszych członków "klanu" nie da się nigdzie zobaczyć. Od tej strony patrząc byłaby to zatem wystawa dla specjalistów czy smakoszy (?).
No właśnie, byłaby. Smak psuły bowiem na wrocławskiej wystawie nierówności. Jasne, że pewną masochistyczną przyjemność sprawiać mogło konstatowanie zadziwiających zniżek formy artystycznej u jednego i tego samego twórcy, sądząc przynajmniej po identyfikujących dzieła podpisach. Widz może poszukiwać przyczyn tego, że jeden obraz, np. Jana-Piotra czy Piotra Młodszego jest całkiem przyzwoity, a inny, wiszący obok, trudny do zniesienia - rażący płaskością barw, puszczonymi szczegółami i nieumiejętnością w partiach figuralnych. I tak w wielu przypadkach. Gorzej, że z reguły kuratorzy wystawy nie ratowali się dodaniem w takich sytuacjach do nazwiska malarza uzupełnień w typie "pracownia", "krąg", "naśladowca", "kopia wg...". Uderzało to zwłaszcza w tych przypadkach, gdy wiszące w sąsiedztwie obrazy o analogicznym temacie, jakoby jednego autora, wyglądały jak namalowane przez malarzy różnych talentem i umiejętnościami. Można więc było porównywać jak tu i tam są namalowane kwiaty, pejzaże, ludzie. Obok dobrych, nawet sprawiających przyjemność estetyczną przy oglądaniu (a to nie to samo, co oglądanie i czerpanie przyjemności z odczytywania treści malowidła) pokazano obrazy słabe, budzące poważne podejrzenia co do ich autentyczności, a co najmniej autorstwa. Gorzej, że przy oglądaniu zjawiało się niekiedy nieodparte wrażenie, że w niektórych przypadkach decyzja o powieszeniu obrazów była kompletną pomyłką. Chyba, że zrobiono to celowo.
Galeria Miejska podała informację, iż pomysłodawcą wystawy jest Joseph Guttmann, dyrektor wspomnianej wyżej Global Art Expositions Inc. z Nowego Jorku. O firmie tej trudno cokolwiek znaleźć. O Guttmannie już łatwiej, ale nie występuje on raczej jako bohater pozytywny. Marszand, miłośnik dawnego malarstwa. 1991 wstawił skradzionego Picassa do nowojorskiej Sotheby's [http://www.nytimes.com/1991/05/31/nyregion/picasso-replaced-by-forgery-in-80-s-appears-at-sotheby-s.html]. Potem robił interesy ze skazanym za fałszerstwa dzieł sztuki i ich sprzedaże Christianem Parisot [http://qfaaltd.blogspot.com/].
Z Wrocławia "jego" wrocławska wystawa jedzie do Paryża. Gdzie będzie tam pokazywana? W Pinacotheque de Paris, świeżej daty prywatnej galerii, której działalność przynosząca znaczne zyski dzięki nadzwyczajnie frekwentowanym wystawom, budzi jednak mieszane uczucia. Podobnie jej właściciel, Marc Restellini [http://www.independent.co.uk/arts-entertainment/art/features/they-have-tried-to-destroy-me-says-rising-star-of-parisian-art-world-1913687.html] & [http://www.secretmodigliani.com/mr.html]. Co ciekawe, jako młody człowiek podjął współpracę ze wspomnianym Parisotem, następnie określając to jako błąd młodości. Obaj starli się jako jedyni i najwięksi znawcy Modiglianiego (przy czym ten pierwszy wprowadzał jego podróbki). Jednak także katalogowi wielkiej wystawy tego malarza, przygotowanej przez Restelliniego w 2002 roku zarzucono wprowadzenie doń 30 obrazów mistrza bez potwierdzonej proweniencji.
Po co to wszystko, spyta ktoś? Restellini miał powiedzieć, że chce tylko "pokazywać malarstwo i pomagać ludziom je zrozumieć". Inni powiedzą, że tego rodzaju wystawy służą wprowadzaniu na rynek i uwierzytelnianiu, zapewnianiu proweniencji obrazom jej nieposiadającym. Końcowym celem są naturalnie pieniądze.
O ile finansowo Wrocław na tej wystawie nie straci (a może nie, bo frekwencja była spora), to medialnie może zyska. Jak na "skarbie z Bremy". Handlarze sztuką zarobią. Prostym oglądaczom sztuki pozostanie mniejsza lub większa satysfakcja, że znaleźli na wystawie coś dla siebie. Może jeden obraz któregoś z młodszych Brueglów, a może zaskakujące obrazy motyli na marmurze wnuka Bruegela Aksamitnego, Jana van Kessela Starszego?
Entenmark
Subskrybuj:
Posty (Atom)






