czwartek, 29 maja 2014

Koniec świata w Wilczym Kącie


Ktoś kiedyś miał ideę. Wybudował w dziwnym miejscu na obrzeżach Wrocławia chłodnie. Był koniec XIX wieku. Biznes się rozwijał, chłodnie były potrzebne, rozbudowywały się. Okolica była ładna, niedaleko rzeki Oławy, rozlewisk, po drugiej stronie rzeki świeży, bo współczesny początkom chłodniczego biznesu, pałac Hollenderów. Przyroda bujna wokół, ptactwo lata i świergoli, a do miasta nie tak daleko, bo jeszcze przed Księżem Małym. Miejscu nadano tajemniczą i romantyczną nazwę Wolfswinkel - Wilczy Kąt. Czy kto tam kiedy wilka zobaczył, wątpię. I tak to sobie trwało, rozwijało się do wojny. W latach 30. XX wieku właściciel zakładów chłodniczych zainwestował i wystawił pokaźną willę. Polacy przejęli. W nowej Polsce chłodził tam jeszcze Nordis. I przestało się jakoś opłacać. Przyszedł deweloper chłodnie zburzył, a willi nie mógł, więc zostawił. Sama się rozpadnie. Inwestycja nie rusza, więc jest pusto, pilnować nie ma kto i nie ma czego. Parę lat minęło i ludzie sobie poradzili. Metalowe części jakby wyciągnął wielki elektromagnes - przewody, rury, nawet wmurowane belki nadokienne; przez zapomnienie chyba zostały żelazne schody na piętro. Okna wyrwane, wszystko potłuczone.

Poruszyła sprawę 15 marca w GW Sylwia Foremna: "Dom z lat 30. XX wieku służył głównie jako budynek administracyjny i siedziba kierownictwa chłodni. Oprócz kilku pracowniczych mieszkań znajdowały się tam biura i pralnia. Przed i po wojnie na górze mieszkali kolejni dyrektorzy chłodni, która sąsiadowała z zabytkiem. Niegdyś willa należała do Josefa Mitterlechnera, jednego z pierwszych właścicieli Breslauer Eiswerke. Ostatnim jej właścicielem była firma Nordis." I dalej relacjonuje rozmowę z wrocławską Konsewator Miejską:  "Grunt i dom są w użytkowaniu wieczystym inwestora, który ma wybudować tam zespół wielorodzinnych budynków mieszkalnych z garażami. - Willa jest zabytkiem i nie może zostać zburzona. Ma być jednym z elementów nowej zabudowy. Zostanie przeprojektowana tak, by wpisała się w planowaną inwestycję - zapewnia Katarzyna Hawrylak-Brzezowska, miejski konserwator zabytków." Następnie z przedstawicielką inwestora: "Zabytek zostanie odrestaurowany. - Zrobimy to zgodnie z poszanowaniem architektury. Powstanie w nim ogólnodostępne, komercyjne spa - przekonuje Alicja Kowalska z Euroland Investment, firmy, która prowadzi inwestycję przy ul. Wilczej."
Cały tekst: http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,35771,15627269,Spa_urzadza_w_zabytkowym_domu_wlasciciela_chlodni.html#ixzz2znDHjkBX"


Rozmowa miała miejsce zapewne niedługo przed publikacją tekstu. Ja byłem tam w kwietniu. A na stronie  Euroland Investment sprzed przynajmniej 3 lat pisano, prezentując projekty klatek schodowych apartamentowców, które miały stanąć tam, gdzie dzisiaj rosną dzikie truskawki i skrzypy:
"Grupę docelową, dla której dedykowana jest przestrzeń, stanowią majętni użytkownicy w średnim wieku, szukający niebanal­nych rozwiazań i wysokich walorów estetycznych. Wskazana grupa ludzi przywiązuje dużą wagę do jakości wykończenia wnętrz, nie tylko w obrębie własnego apartamentu, ale także przestrzeni wspólnych."
Docelowa grupa osiągnie wiek późnośredni, a willa, którą chcą tak chronić władze konserwatorskie, przestanie istnieć. Niebywałe jest marnotrawstwo w kraju naszym. A to co piękne i z jakichś powodów stoi na drodze planów szybszych biznesów, znika łatwiej. Kupić fabrykę, żeby z niej wyrwać żeliwne części na przetop - to sprawa ostatnio głośna, ale przecież znalazłoby się więcej.
Dziwne, ale ten ciekawy nadzwyczaj budynek właściwie nie istnieje nawet w świadomości zainteresowanych wrocławską  architekturą tego czasu, przynajmniej jeśli sądzić po nieuwzględnianiu go w monumentalnych opracowaniach wrocławskiej architektury, jak dwutomowy Atlas architektury Wrocławia pod redakcją Jana Harasimowicza, czy nowszy, opasły Leksykon architektury Wrocławia. W Archiwum Budowlanym nie udało się znaleźć żadnych o nim informacji.
Z okien górnych pięter jakimś cudem wyremontowanego pałacu Hollenderów widać może plac po chłodniach i wielkie drzewo, w którego cieniu stoi jeszcze willa. "Grupa docelowa" w średnim wieku czeka na SPA.

Entenmark




czwartek, 17 kwietnia 2014

Brueghlowska koincydencja

Już myślałem, że nie powrócę do tematu wystawy malarstwa rodziny Brueghlów (posty z 25 września i 1 października 2013), która odbyła europejskie tournee, ale jakiś mój Czytelnik (Czytelniczka?) wystosował w komentarzu pytanie. To z kolei zbiegło się z informacją z rynku handlu sztuką.
Cytuję: "Wzmożone zainteresowanie pracami Pietera Brueghela Młodszego skutkuje wzrostem cen w obrębie twórczości artysty. Sotheby’s zaplanowało aż trzy aukcje obrazów tego autora na lato 2014. (...)
Nazwisko autora jest jednym z najpopularniejszych w obrocie dziełami Starych Mistrzów. Analizując tegoroczne transakcje można wyróżnić dwie sprzedaże. Pierwsza zawarta w styczniu to zbycie letniego pejzażu zatytułowanego „Summer” za kwotę 3 mln funtów, kolejna to „The Peasant Lawyer” kupiony za 2,75 mln funtów w Maastricht." Por.: http://rynekisztuka.pl/2014/04/10/rosnie-zainteresowanie-pracami-pietera-brueghela-mlodszego/ . Ten ostatni obraz, acz pełen szczegółów, to nieprzekonujący.
Wiadomości o nadzwyczajnym zainteresowaniu obrazami Piotra Młodszego podano oczywiście za mediami obcymi, por.:
http://www.telegraph.co.uk/luxury/art/30085/art-sales-it’s-the-year-of-the-brueghel.html
http://artdaily.com/index_iphone.asp?int_sec=2&int_new=69301

Obrazy, które akurat sprzedano, m.in. do USA i Rosji, określono jako pochodzące z kolekcji belgijskiego magnata przemysłu stalowego,  barona Evence'a Coppée (zm. 1945). Jeśli rozkręci się modę na Brueghla Młodszego, to na aukcje mogą trafić różne inne "Brueghle". Tym łatwiej, jeśli można je będzie wskazać w jakimś katalogu wystawy?

Entenmark

wtorek, 1 kwietnia 2014

Wstrzymać Słońce, ruszyć głową

Winien jestem moim Czytelniczkom i Czytelnikom krótką informację, dotyczącą sprawy opisanego w dwóch postach z grudnia i stycznia projektu upiększenia placu przy kościele Świętego Krzyża przy pomocy tzw. mozaiki z motywem układu heliocentrycznego. Przeciw temu pomysłowi gremialnie wystąpił Instytut Historii Sztuki Uniwersytetu Wrocławskiego, wysyłając pismo prezentujące jego stanowisko do Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków. Sprawa trafiła też na posiedzenie Rady Konserwatorskiej przy Wojewódzkim Konserwatorze Zabytków. Opinia obu tych podmiotów była także jednoznacznie negatywna i zostali o tym stanowisku poinformowani zarówno Miejski Konserwator Zabytków, jak i Urząd Miasta.
Miejmy nadzieję, że to zgodne stanowisko jak najbardziej kompetentnych grup wystarczy do przekonania nieznanych bliżej inicjatorów-pomysłodawców tej dekoracji do rezygnacji z planów takiego nieprzemyślanego jej umieszczenia.

Entenmark

piątek, 24 stycznia 2014

Minciela "Drzwi do malarstwa"


Niektóre dzieła sztuki można smakować. Za każdym razem, gdy podchodzę do płócien Eugeniusza Minciela, gdy wiem, że mam je zobaczyć, towarzyszy mi odczucie jak przed ucztą. Wiem, że dostarczą wrażeń jak świetnie skomponowane danie – wyważone między poczuciem nasycenia, jakie daje treść główna, i rozkoszą dostarczaną przez umiejętnie z nią scalone, urozmaicające przyprawy. Można nimi karmić oczy i mieć z tego niemal fizyczną przyjemność. Nie każde malarstwo na to pozwala.
Jeśli ma się okazję widzieć Minciela w akcji malarskiej, to można zobaczyć w niej artystę wypracowanego gestu i szybkich decyzji. Potrafi wtedy stopić się z aktem malarskim w momencie jego zaistnienia. Staje się medium, które przynosi nam  jakieś pierwotne współodczuwanie formy malarskiej, znaku i gestu. Gdyby mu dać możliwość pokrycia barwami chropawych ścian wielkiej groty czy jaskini, uczyniłby to zapewne bez wahania i stworzyłby magiczne, wieloznaczne, tajemne labirynty podświadomych znaczeń, przeczuwanych emocji, obiecanych i upragnionych, czasem spełnionych. Jest malarzem o szamańskiej ekspresji, którą konkretyzuje w abstrakcji, migotliwej grze linii, unoszących się na powierzchni mocno i pewnie zestawianych kolorów i kształtów, wnikających w nie lub spod nich przezierających. Minciel, malarz pierwotny, rozrzuca hojnym gestem czytelne ślady i słabsze tropy, tworzy we własnym, ezoterycznym alfabecie hieroglify sensu. Odczucie, że na moment odkrywa wewnętrzne pejzaże, które jesteśmy w stanie zrozumieć, zjawia się nieodparte, ale jest mylne. Esencji sztuki i magii nie pojmuje się rozumem, lecz trzewiami. A sztuka i magia idą przed nim i za nim.
Eugeniusza znam od trzydziestu lat z kawałkiem. Czy to coś zmienia? Nic w moim przekonaniu o tym, że to artysta dysponujący niezwykłym wyczuciem formy malarskiej oraz okiem i ręką, które bez problemu pozwalają mu to wyczucie przełożyć na sztukę.


Eugeniusz otwiera 27 stycznia swoją wystawę "Drzwi do malarstwa" w Muzeum Narodowym we Wrocławiu.

Entenmark

środa, 8 stycznia 2014

Stanowcze NIE! dla układu heliocentrycznego na najpiękniejszym (ciągle jeszcze) placu Wrocławia

Żarty na bok. Z pomysłem opisanym w poprzednim poście - umieszczenia "mozaiki z granitu" na placu przed kolegiatą Krzyża Świętego we Wrocławiu - sprawa wygląda następująco:
- pomysł ma swoje źródło w Urzędzie Miasta
- obecnie trwają prace mające na celu zgromadzenie dokumentacji, służącej do projektu i uzyskania zgód
- istnieje projekt wstępny (?), opisany i zreprodukowany w poprzednim poście
- dekoracja  ma mieć kształt koła o średnicy 4 metrów


- jak pokazuje plan lokalizacji, "mozaika" miałaby się znajdować w bruku na wysokości pd.-zachodniego narożnika kościoła, pomiędzy nim a pomnikiem św. Jana Nepomucena i barokowym budynkiem dawnego sierocińca biskupiego
- jak widać z planu lokalizacji, wybór miejsca podyktowany jest jednym tylko względem: ma być na placu przed kolegiatą, a tam tylko to jedno miejsce nie kryje pod spodem sieci wodnych/kanalizacyjnych itp.
- sprawa nie trafiła jeszcze do biura Miejskiego Konserwatora Zabytków ani do Koordynatora Plastycznego Wystroju Miasta (zw. plastykiem miejskim) w Urzędzie Miasta.


Prace jednak trwają, dokumentacja jest gromadzona. Projekt zainicjowany przez Urząd Miejski (analogicznie zatem do "ścieżki historycznej" na pl. Nankiera, której pomysłodawcą miał być wiceprezydent Adam Grehl) siłą rzeczy będzie rozpatrywany i oceniany przez oba miejskie organy kontroli i nadzoru (sic!).

Uważam, że realizacja tego projektu na obszarze placu przed kolegiatą św. Krzyża bezpowrotnie zniszczy charakter tej przestrzeni. Letni ogródek Cafe Chic gracący bezgustnie plac to przy tym pryszcz, bo znika na zimę, a ten wykwit będzie tam świecił cały rok.
Jest jeszcze kwestia Kopernika. Może by inicjatorzy pomysłu popytali najpierw historyków o charakter w jakim nasz astronom występował w kapitule kolegiackiej? Może nie snuć fantazji i nie puszczać w obieg legend o jego domniemanym zaangażowaniu w nieudane tworzenie uniwersytetu we Wrocławiu. Tylko czekać, a pojawi się inicjatywa honorowego obywatelstwa. Za to, że Nicolaus Copernicus pobierał stąd przez lat 35 "pensję" kanonika-prałata, nie biorąc przecież żadnego udziału w życiu i pracach kapituły, może wystarczy mu już tablica na kościele, inskrypcja w jego wnętrzu i okazały pomnik w centrum miasta. A propos tego ostatniego: o wiele lepiej zostałyby wykorzystane środki, które chce się wydać na upamiętniający Kopernika układ heliocentryczny w sercu Ostrowa Tumskiego, gdyby te pieniądze przeznaczyć na remont (nie tak spektakularny) rozpadającej się od lat nawierzchni placu przy ul. Piotra Skargi, na którym stoi niezły pomnik astronoma zaprojektowany przez prof. Leona Podsiadłego w 500-lecie urodzin w 1973 roku. Układ heliocentryczny jest tam również.

Entenmark

piątek, 27 grudnia 2013

Nie dla układu heliocentrycznego!

Pod podanymi niżej linkami znajdują się notatki prasowe o tym, że w połowie przyszłego roku powierzchnię placu przed kościołem Świętego Krzyża ozdobi mozaika upamiętniająca Mikołaja Kopernika.  "Do lata 2014 r. przed kościołem Świętego Krzyża na Ostrowie Tumskim ma powstać kamienna mozaika z wielobarwnych płyt granitowych w formie układu heliocentrycznego. Mozaika będzie też miała elementy płaskorzeźby i odlewy w brązie." Sprawę pilotuje Urząd Miejski.
"Wrocław będzie miał kolejną turystyczną atrakcję".


Cieszmy się! Taki chyba ma być wydźwięk tej informacji.

A ja mam pytania:
- skąd wyszła inicjatywa takiego upamiętnienia osoby astronoma?
- kto zdecydował o powstaniu w TAKIM miejscu tego typu "dekoracji"?
- jeśli do wyłonienia wykonawcy przewidywany jest tryb przetargowy, dlaczego nie ma konkursu/przetargu na projekt?
- czy jest opinia urzędu konsewatora zabytków odnośnie do umieszczenia w obszarze chronionym nowego elementu?
- jaka jest przewidywana dokładna lokalizacja, tj. z której strony "przed kościołem"?
- jaka ma być skala umieszczonej w bruku "dekoracji" (wychodzi mi, że ok. 3 m)?

Niezależnie od powyższych pytań, a nawet niezależnie od odpowiedzi na nie, zgłaszam moje stanowcze NIE tej inicjatywie! Jest wiele argumentów przeciw niej, ale nie będę tu i teraz ich wystrzeliwał.
Spróbujmy dowiedzieć się czegoś więcej.

Entenmark

Linki:
http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,35771,15192127,Kamienna_mozaika_przypomni_Kopernika_we_Wroclawiu.html#LokWrocTxt
http://www.wroclaw.pl/kopernik-we-wroclawiu

wtorek, 1 października 2013

Wystawa Brueghlów we Wrocławiu - cena sukcesu

Wystawa obrazów malarskiej rodziny Brueghlów we Wrocławiu zakończyła się. Odbyło się coś w rodzaju konferencji prasowej z udziałem dyrektora Muzeum Miejskiego, dr. Macieja Łagiewskiego, i dyrektora Wydziału Kultury Urzędu Miejskiego Wrocławia, Jarosława Brody. Ogłoszono liczbę zwiedzających i liczbę sprzedanych katalogów wystawy. Zostały zapowiedziane kolejne spektakularne wystawy, które mają promować Wrocław przed nadchodzącym rokiem 2016, w którym miasto stanie się Europejską Stolicą Kultury.
Do zapowiadanej już "Tauromachii" z pracami takich malarzy jak Goya, Picasso i Dali, dorzucono wystawę Amadeo Modiglianiego i jego "polskich przyjaciół". I uwaga: "Ta ostatnia ekspozycja powstanie specjalnie dla Wrocławia, skąd pojedzie do innych krajów europejskich" - miał mówić dyrektor Broda [http://wiadomosci.onet.pl/wroclaw/75-tys-osob-obejrzalo-wystawe-dziel-rodzinny-brueghlow/vz1ep ].
Cieszyć się z tego, czy bać się? I najważniejsze ostrożne pytanie - kto powinien wykazać się pewną czujnością, żeby oszołomienie blaskiem sukcesu frekfencyjnego i medialnego nie przyniosło za jakiś czas chmur rzucających cień na cały program ESK 2016 oraz instytucje uczestniczące w tych przedsięwzięciach?
W poprzednim poście opisałem skomplikowaną i niejasną kwestię genezy i okoliczności towarzyszących wystawie Brueghlów. Za pojawieniem się tej wystawy we Wrocławiu stał jeszcze jeden pośrednik, o czym nie pisałem. Mianowicie praska galeria Vernon i jej kuratorka, pani Monika Burian Jourdan. Ponieważ galeria ta w roku 2010 prezentowała wystawę prac Modiglianiego, uprawnione jest przypuszczenie, że może być ona również zaangażowana w zapowiedzianą właśnie specjalną ekspozycję tego artysty we Wrocławiu.

Najlepszym komentarzem i ukazaniem tego, jak skomplikowane i niepewne pod wieloma względami mogą być takie przedsięwzięcia, jest oficjalne oświadczenie z początku tego roku, wydane w związku z problematycznymi wystawami przez czeski odpowiednik Stowarzyszenia Historyków Sztuki. Dla ułatwienia zamieszczam poniżej jego tłumaczenie, ale także linki do stron, na których zostało opublikowane.
Daje to do myślenia.


"Otwarte stanowisko Stowarzyszenia Historyków Sztuki wobec tekstów Josefa Záruby-Pfeffermanna w Mladej Froncie DNES oraz wobec problemu fałszerstw dzieł sztuki i ich legitymizacji przez muzea sztuki.
Do Stowarzyszenia Historyków Sztuki (cz. UHS = Uměleckohistorická společnost) zwrócił się pan Andreas Pieralii, który w roku 2012 uczestniczył w organizacji wystawy rysunków Francisa Bacona w praskiej galerii GATE (część Galerii Středočeského kraje (GASK)). Pan Pieralli czuje się poszkodowany tekstami historyka sztuki Josefa Záruby-Pfeffermanna, który podważył w nich autentyczność tych rysunków i żąda od UHS ekspertyzy jako podstawy swojej skargi w Komisji Etyki Syndykatu Dziennikarzy Republiki Czeskiej. Po dokładnym zbadaniu komitet UHS doszedł do wniosku, że artykuły Josefa Záruby-Pfeffermanna, łączące w sobie dziennikarstwo śledcze ze stanowiskiem historyka sztuki, nie wykazują żadnych oczywistych wykroczeń przeciw etyce dziennikarskiej. UHS nie chce i nie może być arbitrem w tym konkretnym sporze. Mimo to zdaje sobie sprawę z powagi problematyki fałszerstw dzieł sztuki i ich prezentowania w muzeach, czego dotyczy cały spór. W okresie kilku minionych lat miały bowiem miejsce podobne przypadki związane z nazwiskami słynnych artystów, które wzbudziły poważne podejrzenia i zaszkodziły reputacji muzeów sztuki i całej specjalności. Dlatego UHS wykorzystuje ten bodziec, aby zająć otwarte stanowisko wobec całego problemu.
Na wstępie podkreślić należy powszechnie znany fakt: produkowanie i sprzedaż niezwykle profesjonalnie wykonanych falsyfikatów wiąże się z międzynarodową przestępczością zorganizowaną. Oczywiście grupy te usiłują w najróżniejszy sposób wzmocnić wrażenie autentyczności podrobionych dzieł, m.in. także poprzez umieszczanie ich w fachowych publikacjach oraz na wystawach w muzeach sztuki. Podejrzenie dotyczące autentyczności wystawianych dzieł pojawiło się w roku 2011 przy okazji wystawy rosyjskiej malarki awangardowej Natalii Gonczarowej w Alšověj jihočeskiej galerii (AJG) w Hlubokéj nad Wełtawą. Według informacji dla mediów podanych przez AJG autentyczność eksponatów gwarantowały nazwiska ekspertów Jeana Chauvelina, Denise Bazetoux i Anthony’ego Partona. Jednocześnie zaledwie miesiąc przed otwarciem tejże wystawy Galeria Tretiakowska w Moskwie zorganizowała konferencję prasową w obecności dyrektorki, podczas której cała ta trójka została wyraźnie uznana za część międzynarodowej zorganizowanej grupy przestępczej działającej w Szwajcarii i Francji. Impulsem do zwołania konferencji prasowej były dwie obszerne monografie Natalii Gonczarowej autorstwa Bazetoux i Partona, w których według rosyjskich ekspertów aż siedemdziesiąt procent reprodukowanych dzieł stanowiły falsyfikaty. W sprawie wystawy w Hlubokiej śledztwo przeprowadziła policja, która jednak nie podjęła niezbędnych działań w celu uwierzytelnienia autentyczności dzieł, a w szczególności nie zleciła specjalistycznej ekspertyzy technologicznej. Po zakończeniu wystawy kolekcja wróciła za granicę, a cała sprawa przycichła.
Zupełnie inaczej zachowała się policja włoska, kiedy w roku 2010 na wystawie w Palestrinie skonfiskowała dwadzieścia dwa podejrzane obrazy Amadeo Modiglianiego. Dwuletnie śledztwo zakończyło się w styczniu tego roku  aresztowaniem organizatora wystawy Christiana Parisota, dyrektora Modigliani Institut Archives Légales Paris-Rome, i oskarżeniem go o fałszowanie prac Modiglianiego oraz o spreparowanie wielu fałszywych certyfikatów potwierdzających autentyczność. Przypadek ten dotyczy również środowiska czeskiego, ponieważ ta sama organizacja brała udział w wystawie Modiglianiego w Obecnim Domu w Pradze w roku 2010, gdzie już podczas trwania wystawy pojawiły się poważne wątpliwości dotyczące autentyczności wielu dzieł. Zresztą świadomość tego mieli też sami organizatorzy, o czym świadczy asekurancka i nieprofesjonalna nota w katalogu wystawy: „Przygotowując wystawę Amadeo Modiglianiego oraz niniejszy katalog Galeria Vernon opierała się na informacjach o pochodzeniu i autentyczności dzieł prezentowanych w ramach wystawy i publikowanych w katalogu dostarczonych przez stronę wypożyczającą”. Nawiasem mówiąc, za wystawą stały te same osoby, co w przypadku wystawy Bacona: główną organizatorką była Monika Burian Jourdan z Galerii Vernon, swój wkład miała także ówczesna dyrektor GASK Jana Šorfová, autorka opublikowanego w katalogu wystawy artykułu „Modigliani i Kupka i początki sztuki abstrakcyjnej”.
Również za granicą miał miejsce szereg równie problematycznych wystaw. Ich autorzy bazują na tym, że udowodnienie fałszerstwa jest niezwykle trudne, a poważnych podejrzeń nie można definitywnie potwierdzić bez przeprowadzenia drogich i czasochłonnych badań technicznych oraz analizy składu chemicznego farb. Innymi słowy chodzi o pracochłonne, długotrwałe i niepewne działania, które przeprowadzić może jedynie policja. Historycy sztuki, którzy spotykają się z takimi jawnymi oszustwami mają tylko dwa wyjścia: albo zrezygnować i przyglądać się im w milczeniu, albo z wielkim trudem szukać dowodów i dokumentów dotyczących dzieł głównie zagranicznych autorów, w przypadku których dodatkowo muszą zmierzyć się z dopracowanymi w każdym szczególe historiami mającymi legitymizować dzieła. Wystawiają się przy tym na ryzyko spraw sądowych i oskarżeń o pomówienie. Przypadki takie nagłośnione przez media szkodzą oczywiście publicznemu wizerunkowi muzeum jako fachowego autorytetu i instytucji przedstawiającej autentyczne historyczne artefakty.
Opierając się na wyżej przedstawionych argumentach uważamy, że w każdym przypadku pojawienia się wątpliwości dotyczących pochodzenia czy oryginalności wypożyczonych dzieł artystycznych, jedynym możliwym i właściwym działaniem muzeum jest odmówienie organizacji wystawy i niewystawianie dzieł, ponieważ stuprocentowe potwierdzenie autentyczności przekracza, zwłaszcza w przypadku mniejszych instytucji, ich możliwości. W przeciwnym razie muzeum naraża się na podejrzenie legitymizowania fałszerstw i w ten sposób nieświadomie bierze udział w poważnym przestępstwie. Obawiamy się, że we wszystkich wyżej wymienionych przypadkach przekroczenie owych etycznych granic naszej specjalności rzeczywiście miało miejsce.

Praga, dnia 15.02.2013
w imieniu UHS
Michaela Ottová, przewodnicząca UHS"


Oryginał pod tymi adresami:

http://www.dejinyumeni.cz/bulletin/UHS_1_2013.pdf

http://dejinyumeni.cz/kresbybacon.pdf

Entenmark